Blog > Komentarze do wpisu
Jestem za życiem, jestem za in vitro.

Dla jasności: nie podpisuję się pod tą deklaracją Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zainspirowały mnie one jednak do napisania kilku słów w temacie prawodawstwa związanego z zapłodnieniem pozaustrojowym. (wszystkich aspektów tej procedury nie ma szans nawet dotknąć w krótkiej notce)

Mam wrażenie, że dość powszechnie panuje przekonanie, że Kościół katolicki nigdy nie zgodzi się na legalność in vitro. Zdaje się to potwierdzać fakt, że kilka dni temu Rada Prawna KEP wydała w tej sprawie stosowne oświadczenie.
Roma locuta, causa finita. Czyż nie?

Otóż nie do końca.
Stawiam tezę: in vitro - przy pewnych warunkach - może być legalne.
Zanim rzucicie we mnie kamień, pozwólcie, że wytłumaczę.
Na koniec zaś wyjaśnię po co snuję te - było nie było akademickie - rozważania.

Zacznę może od przypomnienia, że in vitro - nawet gdy jest legalne - pozostaje dla katolika niegodziwe. Gdyby ktokolwiek miał w tej sprawie jakiekolwiek wątpliwości, jestem gotów do dyskusji, ale prosiłbym wcześniej o zapoznanie się z instrukcją Dignitas Personae. Ale niegodziwość nie jest (sama w sobie) argumentem za delegalizacją, bo legalne jest zarówno nie chodzenie w niedzielę do kościoła, cudzołóstwo jak i tak powszechny grzech jak kłamstwo. Swoją drogą niezłym eksperymentem myślowym jest wyobrażenie sobie ustawy zakazującej kłamstwa.

Jak zatem Episkopat tłumaczy niemożność przystępowania do komunii polityków, którzy poparli tę ustawę? Oświadczenie dość jasno to precyzuje: "grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia".

Zacznę może od końca. Dlaczego "stanowi szczególną formę zgorszenia"? Czy nie dlatego, że w dzisiejszych czasach bardzo mocno utożsamiamy prawo stanowione z etyką? To, co wolno, z tym, co jest moralne?

Nie jestem prawnikiem, ale wydaje mi się, że stojąca za tym idea jest nie dość, że błędna, to niezwykle niebezpieczna.

Po pierwsze dlatego, że daje naszym "politykom" okazje do kompletnie bezsensownych dyskusji. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że parlament nie mógłby debatować na tematy światopoglądowe. Że musiałby się zajmować tylko takimi tematami jak: ekonomia, edukacja, bezpieczeństwo narodowe. Wyobraźcie to sobie. Jak bardzo obnażyłoby to biedę intelektualną wielu z naszych "przedstawicielu Narodu".

Utożsamienie moralności z kodeksem karnym jest niebezpieczne również z tego powodu, że zwalnia z myślenia i odpowiedzialności za swoje czyny. Państwo zezwala? Znaczy, że robię dobrze. Zrobiłem coś nielegalnego, ale mnie nie złapali? Oszukałem system!

Napisałem, że utożsamienia tego dokonujemy "w dzisiejszych czasach", bo nie tak dawno temu nikomu by to nie przyszło do głowy. A za czasów pierwszych chrześcijan było wręcz oczywiste, że tak nie jest.

Można zatem (teoretycznie) wyobrazić sobie sytuację, w której in vitro jest legalne, choć żaden katolik z tej procedury nie korzysta.

Po co jednak sobie taką sytuację wyobrażać? Z tego co wiem większość czytelników mojego bloga stanowią katolicy i myślę, że u wielu z nich to co piszę może wywoływać opór. Czy nie lepiej zaciekle walczyć o życie każdego człowieka? Szczególnie tak bezbronnego jak zarodek.

Chodzi o wolność. Ks. Józef Tischner pisał ponad dwadzieścia lat temu:
"Czy nie stajemy się dziś ofiarami nowego, nieznanego nam dotąd lęku – lęku przed wolnością? Jeszcze nie tak dawno potwierdzaliśmy dzielnie naszą tożsamość w oporze przeciw gwałtowi, a dziś – odnoszę wrażenie – nie potrafimy spojrzeć w głąb odzyskanej wolności. Czyżby to, o co tak długo walczyliśmy, było dla nas zapowiedzią samego tylko piekła?"
Jan Maria Rokita kiedyś dowcipnie zauważył, że można rozważyć w Biblii zamianę słowa "diabeł" na słowo "liberał".

Kościół jako instytucja boi się wolności. To jest zupełnie oczywiste, bo tak musi działać każda instytucja.
Ja jednak, jako jednostka, tego umiłowania wolności będę bronił.
Nie dlatego, żeby była ona wartością absolutną. Daleko nie.
Inaczej jednak nie widzę możliwości na realizację projektu, któremu na imię "Polska". Nie wierzę już w Christianitas. Nie wiem nawet, czy takiej Polski bym chciał.

Wierzę natomiast, że wolność jest wielkim darem od Boga. Pięknie to opisuje cytat z Tocqueville'a, który już tu kiedyś umieszczałem: "Wolność traktuje religię jako towarzyszkę swych walk i zwycięstw, kolebkę swego dzieciństwa, boskie źródło swych praw. Uważa religię za strażniczkę obyczajów, obyczaje zaś za rękojmię prawa i gwarancję własnego przetrwania". Napiszę o tym niedługo osobny wpis.

I bardzo chciałbym dożyć czasów, w których będziemy się wzajemnie szanować. Czasów, w których (jakikolwiek) prezydent może praktykować swoją wiarę bez medialnego szumu. Czasów, w których będziemy nawzajem słuchać swoich racji, a nie tylko próbować wykrzyczeć swoje. Czasów, w których nie będziemy musieli "walczyć o życie", tylko po prostu żyć razem. A także czasów, kiedy zakazywanie nie będzie jedynym sposobem na "uniknięcie jakiejkolwiek formy zgorszenia"...

sobota, 08 sierpnia 2015, sfis

Polecane wpisy

  • Prawo i Większe Prawo

    "Przez jednego człowieka grzech wszedł do świata, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli. Bo i p

  • Wolność, wybór i matematyka.

    Słyszałem kiedyś taką teologiczną „definicję” wolności, że wolność to możliwość wyboru dobra (*). Słowa te powodują oczywiście wykrzywienie ust każ

  • Witraż.

    Dziś uroczystość świętych: Piotra i Pawła. Święto Kościoła. Na kazaniu usłyszałem ciekawe porównanie tej wspólnoty do witraża. Z zewnątrz często niezbyt atrakcy