Blog > Komentarze do wpisu
Wolność, wybór i matematyka.

Słyszałem kiedyś taką teologiczną „definicję” wolności, że wolność to możliwość wyboru dobra(*). Słowa te powodują oczywiście wykrzywienie ust każdego ścisłowca (łącznie ze mną), bo nie jest to zbyt dobra definicja (zakłada wcześniejszą definicję dobra, dlatego nazwałem ją teologiczną), raczej charakteryzacja. Niemniej myślę, że warto się nad nią pochylić.

Po pierwsze, wynika z tego, że możliwość wyboru między złem a innym złem nie jest żadną wolnością. Że choć do wolności możliwość wyboru jest koniecznie potrzebna, to jednak nie jest wystarczająca. Że wolność to coś więcej. Można się kłócić z tym twierdzeniem, ale wydaje mi się, że przynajmniej należy je głęboko przemyśleć.

Co ważniejsze jednak, z tej „definicji” wynika, że wolność i dobro są nierozerwalnie ze sobą powiązane. Że nie sposób mówić o jednym bez drugiego. I ten wniosek jest w oczywisty sposób podważany w naszym „ponowoczesnym” społeczeństwie.

Przecież powszechnie głosi się dziś, że wolność nie powinna mieć żadnych granic. Że każdy sam powinien sobie zdefiniować co jest dobre a co złe i w związku z tym gdzie leżą granice jego „prywatnej” wolności. I że właśnie na tym polega liberalizm, że liberalizm to po prostu „wolnoć Tomku w swoim domku” i nic więcej.

O tym czym dla mnie jest „prawdziwy” liberalizm, napiszę innym razem (**). Teraz jednak chciałem „zaorać” ☺ liberalizm fałszywy, ten właśnie „ponowoczesny”.

Czytam ostatnio książkę słynnego katolickiego doktora inżyniera budownictwa Jacka Pulikowskiego pt. "Warto być ojcem". Książki w całości raczej nie polecam, ale jeden jej fragment zainspirował mnie do napisania tego wpisu:

Wyrzucono na śmietnik funkcjonujące od stuleci modele, ideały, wzorce nie dając przy tym nic w zamian.

Dla mnie to jest właśnie źródło problemu. Mój problem z „liberalizmem ponowoczesnym” nie bierze się stąd, że jest on liberalny (bo liberalizm kocham), ale stąd, że stawia człowieka w sytuacji „radź sobie teraz sam”. To tak jakby (dochodzimy w końcu do Królowej Nauk) powiedzieć: „nie podoba mi się matematyka, trzeba ją napisać od nowa”. Pozornie w takim powiedzeniu nie ma nic złego, ale tylko pozornie.
Czytałem kiedyś wspomnienia Wacława Solskiego, który jako młody komunista buntował się przeciw zasadom arytmetyki. Dodawanie tłumaczono mu (jak chyba do dziś często się zdarza) na jabłkach a jemu gryzło się to ze światopoglądem. Bo przecież nie dla każdego jedno jabłko znaczy tyle samo (ech, ta wrażliwość na biedę) i w związku z tym jak można twierdzić, że 1+1=2?!?

Najśmieszniejsze jest to, że Solski miał naprawdę zdrowe intuicje - uwaga - matematyczne! Bo to, że 1+1=2 wbrew obiegowej opinii wcale nie jest aksjomatem, wcale nie jest „matematyczną prawdą”. Jest tylko i wyłącznie jednym z modeli dodawania liczb. (inna sprawa, że najczęściej używanym)

Tak czy siak, bieda zaczyna się jeśli ktoś poprzestanie na stwierdzeniu „matematyka nie ma sensu” i nie zaproponuje niczego lepszego.

No bo wyobraźcie sobie, że nagle niszczymy wszystkie podręczniki do matematyki i każemy ludziom stworzyć ich własną. (a mniej więcej to właśnie proponuje „etyka ponowoczesna”)

Przede wszystkim większość ludzi ucieszy się, że teraz już nie muszą przejmować się takimi rzeczami jak reguły arytmetyki i w ogóle jakąkolwiek matematyką przestaną sobie zawracać głowę. A jeśli już będą do tego zmuszeni przez życie to będą tylko kombinować jakby tu tak zrobić, żeby „wyszło na ich”.

No ale dobrze, znajdzie się kilku matematyków „ateistycznych”, którzy będą chcieli się tym zajmować, bo ich to po prostu interesuje. Już pal licho, że wszystko będą musieli zaczynać od nowa, jeszcze raz „odkrywać koło”. Gorzej, że każdy będzie miał „swoje” koło, najprawdopodobniej kompletnie inne od kół swoich kolegów. Wyobrażacie sobie jak musiałyby wyglądać np. konferencje takich „wyzwolonych” matematyków? Jak oni w tej wieży Babel mieliby się dogadać? Ja sobie nie wyobrażam.

A nie, przepraszam, wyobrażam sobie.
Działoby się tam dokładnie to samo co w dyskusjach internetowych o religii i polityce.

(*) nawet Wyborcza o tym pisze: http://wyborcza.pl/1,95891,6332340,Moje_20_lat__Wolnosc_to_wybor_dobra.html

(**) a dokładniej rzecz biorąc piszę o tym już jakieś pół roku



czwartek, 22 września 2016, sfis

Polecane wpisy

  • Jestem za życiem, jestem za in vitro.

    Dla jasności: nie podpisuję się pod tą deklaracją Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zainspirowały mnie one jednak do napisania kilku słów w temacie prawodaws

  • Tomasz.

    Dziś będzie o moim ulubionym świętym. Mało o nim wiemy i myślę, że miałby w dzisiejszym Kościele problemy. Występuje on w Biblii dokładnie trzy razy. Choć najba

  • Witraż.

    Dziś uroczystość świętych: Piotra i Pawła. Święto Kościoła. Na kazaniu usłyszałem ciekawe porównanie tej wspólnoty do witraża. Z zewnątrz często niezbyt atrakcy

Komentarze
Gość: Jacek, *.ipv4.supernova.orange.pl
2016/09/22 13:41:07
Dla Agory SA konta nie założę... ;(

"Słyszałem kiedyś taką teologiczną definicję wolności, że wolność to możliwość wyboru dobra(*)." - to czy def. ta jest teologiczna czy etyczna chyba nie ma większego znaczenia. Można ją też określić jako teleologiczną jako że wyraźnie akcentuje cel działania.

Też zdaje mi się, że wolność jest ściśle związana z aksjologicznie rozumianym dobrem, ale nawet ściślej niż zostało na napisane. Wg mnie wolny to ten, który nie tylko MOŻE postąpić dobrze, ale który dobrze postępuje (ponieważ nasza wola jest intencjonalnie skierowana ku dobru, i w tym wyborze realizuje się jej wolność).

Natomiast jeśli pojęcia "wolności" i "prywatności" pojawiają się kontekście liberalizmu, to natychmiast przychodzi do głowy zupełnie inna definicja wolności (klasyczna, oświeceniowa, negatywna): wolność jako brak arbitralnych ingerencji z czyjeś działanie.

Może jest tak, że pierwotna definicja wolności dotyczyła woli, a ta ostatnia dotyczy ludzkiego działania.
-
Gość: RCL, *.nc.res.rr.com
2016/09/22 14:37:12
Ależ nie ma mowy o wolności bez granic. Granice są nadal i jak wcześniej, są wyznaczane przez prawo. Z tym, że prawo to nie jest już oparte na intuicji (czasem zdrowej) oraz przesądach (czasem bardzo krzywdzących) starożytnych Żydów oraz kilku natchnionych pustelników, lecz współtworzone przez ogół współczesnych nam ludzi.
-
Gość: Jacek, *.ipv4.supernova.orange.pl
2016/09/22 15:24:45
Mylenie prawa naturalnego (przyrodzonego) i stanowionego to błąd logiczny, trzeba sobie zdawać z tego sprawę. "Prawo to już nie jest oparte intuicji..., lecz współtworzone..." - wyraźnie mówi Pan/Pani o dwóch różnych porządkach.
-
Gość: Artur, *.static.drama.pl
2016/09/23 00:40:04
"Kapłanki dyscypliny bez odstępstw, bez wyjątków
Pilnują nas bez przerwy żółtymi powiekami
Byśmy - nieobliczalni, skąpani jak we wrzątku,
Znów - życiem nienażarci - nie stali się chłopcami
I świata nie zaczęli urządzać od początku.
Amen. " Portret zbiorowy we wnętrzu - Dom Opieki / Jacek Kaczmarski 1991.

Teologia chrześcijańska chcę mieć konserwatywną wolność a Nowego Człowieka. "Ponowoczesność" daje nadzieję, że klucz jest w nowych definicjach, które będą pasowały do człowieka. Mniej wiem o drugim podejściu. Pierwsze na pewno jest cholernie wymagające.
-
Gość: RCL, *.nc.res.rr.com
2016/09/23 14:43:43
@Jacek: cieszy mnie to, że obecnie odróźnia się te dwie rzeczy i że Pan nawet wytyka mi to jako błąd. Jednakowoż przez długi czas - do momentu powstania państwa świeckiego - każda z religii uważała, a niektóre wciąż uważają (vide shariat), że prawo stanowione nie może przekraczać granic, wyznaczonych w odpowiednich księgach świętych. Najstarsze z ksiąg Biblii były wręcz pisane jako kodeks prawny i w pewnym momencie pełniły jego rolę (vide "prawo Mojżeszowe").

Istotą wpisu Creeda jest to, że buntuje się on przeciwko redefiniowaniu prawa tzw. naturalnego przez współczesnych mu ludzi, uważając je za niezmienne i de facto uznając, że starożytni Żydzi oraz inni jego współtwórcy mają lepszy ogląd na obecny stan rzeczy niż my sami. Nie zgadzam się z tym.

(Choć da się odczytać ten wpis nie jako poparcie konkretnej wersji prawa naturalnego, lecz raczej do nawoływania do wprowadzenia jednego standardu, niekoniecznie wywodzącego się ze starożytności. Aczkolwiek zakładam, że chodzi o tę samą historyczną wersję zawartą w natchnionych tekstach najbardziej rozpowszechnionej religii).
-
Gość: Jacek, *.ipv4.supernova.orange.pl
2016/09/24 13:55:05
@RLC, skoro mówimy o czasie sprzed powstania państwa świeckiego (niech cezurą będzie początek średniowiecza), to jeśli przyjąć że przynajmniej niektóre narody/plemiona nie znały rozróżnienia między prawem świeckim a prawem religijnym (prawo relig. było jedynym, jakie znali; np. "nie jedz mięsa z kota, bo bóg ma upodobanie w kotach"), to twierdzenie, że "każda z religii uważała, a niektóre wciąż uważają (vide shariat), że prawo stanowione nie może przekraczać granic, wyznaczonych w odpowiednich księgach świętych" nie jest prawdziwe.
Dochodzi kwestia rozumienia pojęcia prawa. Na przykładzie praw człowieka mogę powiedzieć, że w tej kwestii nie ma zgody czy chociaż starożytni Grecy rozróżniali między ius a lex (Freeman, MacIntyre). Trudno wydaje mi się byłoby choćby zbliżyć to tezy, którą można by poprzeć jakimiś mocniejszymi arg. Druga rzecz, to pojęcie państwa świeckiego - od kiedy takie cudo datować? Może chodzi o państwa nowożytne, które zaczęły się formować w XIX wieku?

Nie widzę wpisu Creeda, ale z niezmiennością prawa naturalnego bym się zgodził ze względów praktyczno-historycznych, biologicznych i hmm metafizycznych.