niedziela, 14 września 2014
"Wywyższenie".

Dzisiejszy wpis będą w dużej mierze sponsorować różnego rodzaju odnośniki, ale dzisiejsze święto jest tego warte...

Na wstępie link do komentarza, który bardzo przypadł mi do gustu... Trudna jest ta mowa, ale warto ją pojąć lub przynajmniej próbować pojąć.

Drugi cytat pochodzi z wpisu Marka Jurka na Facebook:
„Kiedy Herakliusz opuszczał Konstantynopol, rozpoczynając długą wyprawę na terytorium nieprzyjacielskie, w kościele Mądrości Bożej zostało przed wymarszem odprawione uroczyste nabożeństwo, podczas którego cesarz modlił się o zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi Boga. A gdy na czele swojej armii udawał się do portu, dzierżył ikonę Chrystusa (…) Kiedy wrócił (…) podążał (…) nie do Hipodromu, który zwyczajowo był głównym miejscem uroczystości świeckich, ale do kościoła Mądrości Bożej. W drzwiach wielkiej świątyni witał zwycięskiego cesarza patriarcha Sergiusz, a potem wspólnie, cesarz i patriarcha, w akcie dziękczynienia legli krzyżem przed ikoną Najświętszej Panny. I dopiero po dopełnieniu celebracji religijnej Herakliusz (…) odbył wjazd do Hipodromu i ukazał się poddanym (…) w ciągu dziewięćdziesięciu lat, które upłynęły od zwycięskich wojen Justyniana do kampanii Herakliusza, zmieniły się akcenty. Ludzie (…) mniej oglądali się teraz na historyczną przeszłość Rzymu, ale raczej patrzyli w jego eschatologiczną przyszłość” (Robert Browning, Cesarstwo Bizantyńskie)

A poniżej fragment z "Komentarza historyczno-kulturowego do Nowego Testamentu" dotyczący dzisiejszej ewangelii:
„(3, 14-15) Słowo "wywyższyć" to kolejna gra słów: Jezus powraca do nieba przez krzyż, "wywyższony" jak wąż na pustyni, który przyniósł uzdrowienie Izraelitom.
(3, 16-18) Czasy użyte w greckim oryginale wskazują następujące znaczenie: "Oto jak Bóg umiłował świat - dał swojego Syna". Określenie "Syna swego Jednorodzonego" znaczy też "szczególnego, umiłowanego"; było ono często stosowane w literaturze żydowskiej w odniesieniu do Izaaka, by podkreślić ogrom ofiary Abrahama gotowego poświęcić jedynego syna. Życie wieczne to dosłownie "życie w przyszłym świecie". Użyty przez Jana czas teraźniejszy ("ma życie wieczne") wskazuje na to, że człowiek, który zaufał Jezusowi już teraz w jakiś sposób zaczął doświadczać nowego życia.”

Jeszcze lepszy jest fragment dotyczący początku tego rozdziału, ale jego przepiszę za kilka dni, jak tylko dorwę się do normalnej klawiatury ;) 

piątek, 22 sierpnia 2014
Chlew.

To kolejny wpis z serii “inspirowane muzyką”, tym razem utworem Zaciera(*). Konkretnie Rękopisem znalezionym w chlewie z płyty Skazany na garnek. I tu spotkało mnie pewne zdziwienie: myślałem, że w Internecie jest wszystko, jak nie na YT, to przynajmniej na Wrzucie. A tu zonk… W związku z tym pozwolę sobie ten utwór wrzucić tutaj, zobaczymy czy ktoś się upomni.

Druga informacja jest taka, że - wbrew pozorom - ten wpis będzie bardzo konkretny, a dokładniej powiązany z moim życiem. Tak więc nawet jeśli uznacie moje skojarzenia za(**) naciągane, warto chyba doczytać do końca.

 

 

Rzeczony utwór w warstwie dosłownej jest opowieścią świni o imieniu Staszek żyjącej w tytułowym chlewie.

Skoro już ostrzegłem przed naciąganymi skojarzeniami, to zgodnie ze starym dowcipem(***) skojarzyło mi się to z Ewangelią, tym razem z przypowieścią o synu marnotrawnym. Ok, może faktycznie jedynym punktem wspólnym jest ten chlew i świnie(****), ale zostańcie ze mną jeszcze chwilę, żeby zobaczyć, gdzie chcę dojść.

 

Pozornie te dwa teksty nie mają ze sobą więcej wspólnego, bo Zacierowy Staszek zdaje się być bardzo szczęśliwy ze swojego stanu, natomiast syn marnotrawny “pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”.

Po pierwsze jednak biblijna historia jest bardzo skrótowa i nie jest wykluczone, że z początku on sam był zadowolony z takiego stanu rzeczy. W końcu w krainie, w której mieszkał “nastał ciężki głód” i miał prawo cieszyć się z jakiekolwiek pracy, a ponadto wydaje się, że trochę czasu upłynęło zanim syn marnotrawny “poszedł po rozum do głowy”.

Po drugie zaś - i ważniejsze - znając trochę twórczość Zaciera jest zupełnie jasne, że należy szukać drugiego dna. Mnie się wydaje wręcz, że ten utwór aż kipi od ironii i sarkazmu (choćby przy okazji “nowej ustawy o ochronie zwierząt”). Szczególnie jednak chcę się pochylić nad słowami, które padają na samym początku piosenki:

“Mama z ciocią pojechały na delegację i długo nie wracają”.

 

Jest chyba oczywiste gdzie “pojechały” te dwie świnie (lochy?) i że raczej już nie wrócą… To oczywiście nadaje całej historii bardzo dramatycznego charakteru. Mówiąc wprost: czy jakkolwiek świetne warunki bytowania w chlewie są w stanie zrekompensować fakt, że jedynym co czeka jego “mieszkańców” jest po prostu śmierć? Syn marnotrawny po jakimś czasie doszedł chyba do wniosku, że nie. I “wygrał”, można powiedzieć, wszystko.

 

 

Tyle mojej analizy tych dwóch tekstów. Teraz nastąpi zapowiadany wątek prywatny.

Dla mnie to wszystko co pisałem wcześniej jest o tyle ważne, że mam wrażenie, że właśnie jestem w takiej sytuacji. Zarówno syna marnotrawnego obniżającego swoje oczekiwania do strąków (i mającego prześwity chleba u ojca), jak i świni, która cieszy się pełnym brzuchem i czeka tylko na śmierć.

I wcale nie jest dla mnie oczywiste, że a) moje położenie jest na tyle słabe, że warto zrobić wszystko, żeby się z niego wyrwać oraz b) jaka droga prowadzi z powrotem do Ojca…

 

 

(*) Zacieru?

 

(**) jak zwykle?

 

(***) Siostra katechetka wzięła zastępstwo na lekcji biologii. Pyta dzieci:
- Co to jest: małe, rude i skacze po drzewach?
Zgłasza się Jasio:
- Wygląda mi to na wiewiórkę, ale jak znam siostrę to pewnie Pan Jezus.



(****) warto może przypomnieć, że dla Żydów świnie są zwierzętami nieczystymi, co jeszcze bardziej wzmacnia wymowę tej przypowieści

środa, 09 lipca 2014
Jarzmo.

Znów wpis trochę anachroniczny, bo dotyczący ewangelii z ostatniej niedzieli. Ale przecież Słowo Boże jest ponadczasowe ;)

Padają w niej słynne skądinąd słowa Jezusa “jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. Chciałem się podzielić spostrzeżeniem, które uczynił komentujący je w naszym kościele (nowy) proboszcz. Dało mi ono sporo do myślenia.


Otóż do tej pory moja recepcja tych słów była chyba dosyć standardowa.(*)

Że z jednej strony “jarzmo i brzemię” a z drugiej “słodkie i lekkie” to taki po prostu paradoks, z którym jakoś należy sobie intelektualnie poradzić i jakoś wytłumaczyć. No a sposobów na to poradzenie sobie jest takie mnóstwo, że w zasadzie żaden z nich nie jest lepszy od innych.

Tak chyba faktycznie jest jeśli chodzi o “brzemię”, czyli synonim wielkiego ciężaru, czegoś trudnego do uniesienia/zniesienia. Ale z jarzmem sprawa jest znacznie ciekawsza, warto choćby zajrzeć do Wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jarzmo

Już na załączonych obrazkach widać (i potwierdza to tekst), że jarzmo często występuje w wersji “dwuosobowej”. Dlaczego to jest istotne?


Ano dlatego, że w takim razie celem zakładania jarzma nie jest uprzykrzenie sobie życia, ale wręcz przeciwnie: rozłożenie ciężaru na dwoje. A to oznacza, że jeśli Jezus mówi “weźcie moje jarzmo”, to chyba nie znaczy “dołóżcie sobie roboty”, tylko “pozwólcie mi dzielić z Wami Wasz ciężar”.


(*) o ile standardem jest jakikolwiek namysł nad tą recepcją ;)

 

wtorek, 24 czerwca 2014
Inside joke.

Jeśli ktoś ma problemy z rozszyfrowaniem, niech kliknie.

środa, 11 czerwca 2014
Pasja, cz. III

Wielki Post skończył się jakiś czas temu, dopiero co zakończyliśmy okres wielkanocny, a ja wciąż siedzę z nosem w “Pasji”, bo:
a) nie mam dużo czasu na czytanie,
b) ale bardzo fajnie wpływa na moje życie duchowe. 

To prawda, że można mieć duże wątpliwości co do realności opisanych przez bł. Emmerich wydarzeń, ale mnie osobiście bardzo przekonuje całościowe przesłanie jej wizji. Dlatego z uporem maniaka będę ją tutaj promował.

Dzisiejszy fragment jest częścią “modlitwy w Ogrójcu”. Dopiero lektura jej opisu uświadomiła mi, że to wtedy miało miejsce niejako sedno Pasji Chrystusa. Kto wie, czy późniejsze fizyczne cierpienia miały dla Niego jakiekolwiek znaczenie w kontekście cierpień, które przeżył w takcie tej modlitwy.

Anna Katarzyna opisuje zatem bardzo dokładnie jak diabeł przekonuje Jezusa, że Jego poświęcenie nie ma sensu. Pokazuje (tak liczne przecież) przykłady marnowania owoców zbawienia. I przede wszystkim atakuje pokusą bezradności, podważa możliwość zmiany czegokolwiek na lepsze.

Mogłoby się wydawać, że taka pokusa będzie dla Mesjasza łatwa do odparcia. Ale “dramat Ogrójca” tkwi w tym, że Jezus niejako “zawiesza” na ten moment swoją Boską naturę i mierzy się z tym wszystkim tylko jako człowiek…

I wtedy, po tak trudnej — nie-ludzkiej  walce, dzieje się coś niesamowitego:
 

<<Jezus, powróciwszy do groty, rozpoczął na nowo modły. Przezwyciężył już odrazę Swej natury ludzkiej do mąk, ale znużony bardzo walką i strwożony, tak się modlił: „Ojcze Mój, jeśli jest wola Twoja, oddal ten kielich ode mnie, lecz nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie!".

Wtem rozstąpiła się przed Nim ziemia, w której głąb po smudze świetlistej wiodły schody do otchłani. W niej ukazali Mu się Adam, Ewa, wszyscy Patriarchowie i sprawiedliwi, rodzice Matki Jego i Jan Chrzciciel, a wszyscy czekali z utęsknieniem Jego przybycia i wyzwolenia ich. Serce Jego przeto, miłością gorejące, wzmocniło się i pokrzepiło tym widokiem, gdyż On to przecie miał tym duszom, tęskniącym za Niebem, otworzyć je przez Swą śmierć. On miał je wyprowadzić z więzienia tęsknoty do wiecznej szczęśliwości.

Po tych nieba dziedzicach Starego Zakonu, którym Jezus się przyjrzał z prawdziwym wzruszeniem, przeprowadzili przed Nim aniołowie orszak wszystkich przyszłych błogosławionych, którzy, łącząc swe walki duchowe z zasługami mąk Chrystusa, przez Niego mieli połączyć się z Ojcem niebieskim. Był to nieopisanie piękny, pokrzepiający na duchu widok, przywodzący Jezusowi na pamięć najskrytszą a niewyczerpaną moc zbawczą i uświęcającą czekającej Go śmierci odkupienia. 

Wszyscy chodzili przed Jezusem, podzieleni na grupy, stosownie do rodzaju i godności, strojni w cierpienia i dobre dzieła, dokonane za życia. Szli więc Apostołowie, uczniowie, dziewice i niewiasty, wszyscy męczennicy, pustelnicy i wyznawcy, papieże i biskupi, wszyscy przyszli zakonnicy i w ogóle wszyscy, którzy mieli być zbawieni. Przystrojeni byli oni w zwycięskie wieńce swych cierpień i umartwień; rozmaitość kwiatów w wieńcach, kształt tychże, barwa, zapach i siła wynikała z różności ich cierpień i walk zwycięskich za życia, w których zdobyli sobie chwałę niebieską. Lecz wszystko ich życie i działalność, całe znaczenie i siła ich walk i zwycięstw, cały blask i świetność ich tryumfu, opierały się jedynie na połączeniu ich zasług z zasługami Jezusa Chrystusa. 

Wszystkich członków tego tłumnego orszaku łączyło wzajemne oddziaływanie, jakaś łączność ścisła panowała między nimi, a wszyscy czerpali z jedynej krynicy życia, z Najśw. Sakramentu i męki Zbawiciela. Zjawisko to było dziwne i niewypowiedziane. Nic tam nie było przypadkowego; każda najdrobniejsza czynność, wygląd i strój, męczeństwo i zwycięstwo, wszystko na pozór tak różnorodne, łączyło się w jedną nieskończoną harmonię, w jeden zgodny akord. A jedność ta wszystkich najróżnorodniejszych rzeczy wypływała z barwnych promieni świetlnych jedynego słońca, z męki Chrystusa Pana, wcielonego Słowa, w którym jest życie, a życie jest światłem ludzi — świecącym w ciemnościach, które nie mogą Go ogarnąć.>>

Jak widać po wytłuszczeniu, najbardziej porusza mnie ta wizja “zgodnego współdziałania” członków Kościoła. Z jednej strony dlatego, że strasznie mi tego brakuje (czasem nie mogę patrzeć na świat wokół mnie), a z drugiej dlatego, że kiedyś podobny obraz i mnie przyszedł do głowy. Kościół jako zbiór kompletnie różnych ludzi - różnych głosów - które (dopiero!) wspólnie tworzą nową, niesamowitą jakość - melodię “na głosy”...

 

wtorek, 13 maja 2014
(Jeszcze) pikantniejszy dowcip.

Ponieważ uznałem, że najlepszym elementem ostatniego wpisu był dowcip, dziś będzie tylko dowcip.

Pewien prawowierny żyd odwiedził Watykan i po powrocie ze swojej podróży postanowił się ochrzcić. Wszyscy jego znajomi bardzo się temu dziwili, pytali skąd ta decyzja; czy może tak go Watykan zachwycił, a może był pod wrażeniem sprawności działania Państwa Kościelnego lub Kurii Rzymskiej. Na to nowo ochrzczony powiedział krótko:
- Wręcz przeciwnie. Tam jest taki bałagan, że gdyby to nie było od Boga, to już dawno by się rozwaliło...

 

(jeśli komuś brakuje pikanterii, to niech zamieni sobie "bałagan" i "rozwaliło" na słowa mniej cenzuralne) 

niedziela, 11 maja 2014
Uwaga, pikantny dowcip.

Dziś bez muzyki, będzie za to na koniec dowcip :)

Byłem dziś w kościele na Mszy. Pierwsza Komunia Święta(*). Jednym słowem - masakra.

Wybaczcie, ale to co napiszę teraz będzie bardzo subiektywne i niezniuansowane. Ale naprawdę mam przy takich “uroczystościach” wrażenie, że 99% uczestników bierze w nich udział z takiego lub innego przymusu. Dlatego tak irytuje mnie przepych tych wydarzeń(**). I dlatego dziś już jakoś nie mogłem wytrzymać i trochę podświadomie uciekłem z wnętrza kościoła do przedsionka.

A na zewnątrz oczywiście “drugi obieg eklezjalny”, przynajmniej nie ma udawania, że coś próbujemy “przeżywać”. Jest za to podtrzymywanie relacji z innymi uczestnikami. I dobrze. Ale jakoś szkoda.

Można by wybrać większe dobro, a wybiera się mniejsze.


Przypomniał mi się przy tej okazji dowcip. Można go opowiadać mniej lub bardziej cenzuralnie, ja spróbuję stworzyć wersję jakoś kompromisową… Dowcip właśnie o priorytetach.


Rzecz dzieje się w pociągu, w jednym przedziale siedzi ksiądz i informatyk.

Z początku nikt się do nikogo nie odzywa, ksiądz pogrążył się w brewiarzu, a informatyk - jak to informatyk - siedzi przed komputerem. Nagle ciszę przerywa ksiądz i proponuje wspólną wizytę w Warsie. Informatyk odmawia, tłumaczy, że ma jutro ważne spotkanie i sporo pracy. Ksiądz zatem wybiera się sam.

Po powrocie nieśmiało proponuje alkohol. Informatyk mówi, że na jutrzejszym spotkaniu ma prezentację i musi być w dobrej formie. Ksiądz zatem próbuje z innej strony:

- Drogi panie, wracając z Warsa zauważyłem, że w przedziale obok siedzą dwie niezwykle urocze damy. Może byśmy je na chwilkę odwiedzili?

Informatyk po raz kolejny odmawia, mówi, że teraz naprawdę nie może, musi się skupić na przygotowaniu tej jutrzejszej prezentacji i nie chce się niczym rozpraszać. A poza tym, to ma żonę.

Po kilku godzinach ksiądz wraca do przedziału. Informatyk kończy pracę, zamyka komputer i rzuca:

- No ale niech ksiądz powie, czy ja źle żyję?

Ksiądz na to:

- Dobrze. Ale niepotrzebnie.


(*) w zasadzie nie mam pewności, że pisze się dużą literą, małpuję za Wikipedią


(**) wydawałoby się, że powinienem popierać chociażby elegancki strój, ale jak widzę kogoś kto aż tak się nie “odwalił”, to przynajmniej mam poczucie, że nie próbował na siłę wejść w konwenans


czwartek, 08 maja 2014
Jestem zwycięzcą?

 

Wybaczcie kolejny wpis “muzyczny”, ale z wszystkich przejawów działalności artystycznej muzyka działa na mnie najsilniej, a w związku z tym najłatwiej mi się za jej pomocą wyrazić… Poza tym ten wpis będzie się idealnie komponował z wcześniejszym.


Tym razem chcę wziąć “na tapetę” utwór z najnowszej płyty Luxtorpedy pt. Jestem zwycięzcą? (koniecznie! ze znakiem zapytania na końcu):

http://www.tekstowo.pl/piosenka,luxtorpeda,jestem_zwyciezca_.html

 

Warto zapoznać się z całym tekstem.

Dla mnie nie jest on jakiś strasznie odkrywczy, bo w takim właśnie środowisku spędziłem ostatni rok.

Chciałem tylko zwrócić uwagę na dwa - bardzo ważne dla mnie - wersy:

 

“wielu za sukces oddaje swoją duszę

wierzą, że bez tego nie mają nic wartościowego”

 

To jest chyba w naszej obecnej cywilizacji najgorsze…

I naprawdę nie wiem jak się na tę chorobę uodpornić. Mnie się (na razie) nie udało.

środa, 07 maja 2014
Jeszcze nie umieramy.

(wpis kradziony z mojego własnego profilu na FB)

"myśli sobie Ikar
co nieraz już w dół runął
jakby powiało zdrowo
to bym jeszcze raz
pofrunął"

Chyba już kiedyś był u mnie dokładnie taki sam wpis(*), ale zakochałem się na nowo. Tak właśnie chcę. Tego właśnie (teraz!) potrzebuję!!!

No i do wspaniałego tekstu Młynarskiego jeszcze: Raz, Dwa, Trzy. Piękna interpretacja. Sam Nowak na tej płycie powiedział, że "prawowitość jest ważniejsza od stylizacji", ale ta aranżacja wnosi moim zdaniem nową jakość i nabiera prawowitości...


(*) na fejsbuku oczywiście

sobota, 19 kwietnia 2014
Pasja, cz. 2.

Skoro była część pierwsza, to powinna być i druga :)
Niestety nie mam zbyt wiele czasu, żeby precyzyjnie dobierać cytaty z objawień bł. Emmerich do liturgii, więc tym razem fragment, który dotyczy kielicha, którego Jezus używał w czasie Ostatniej Wieczerzy, czyli podczas pierwszej Mszy świętej.(*)

Wrzucam ten tekst, bo uderzyła mnie zarówno misterność Bożego planu (od Noego do Chrystusa minęło jednak trochę czasu) jak i moja ignorancja w tym temacie... No i nie da się ukryć, że nie bez znaczenia jest też moje lekkie skrzywienie liturgiczne ;)

"Całe urządzenie przedstawiało się tak: Na płaskiej płycie stał wielki kielich, a w koło niego sześć małych kubków. W płycie tej znajdował się wysuwany rodzaj szufladki, ale nie pamiętam już, czy zawierał on świętość, czy nie. W samym kielichu stało drugie, mniejsze naczynie, na kielichu leżał talerzyk, przykryty sklepioną kopułką. W podstawce kielicha był umyślny schowek na małą łyżeczkę. Wszystkie naczynia osłonięte były cieniutką tkaniną i przykryte zwykle wielką wydrążoną półkulą, jakby parasolem, zrobioną — zdaje się — ze skóry, a opatrzoną u góry gałeczką. Kielich składał się z właściwego kubka na wino i z podstawki, później zapewne dodanej; podstawka była bowiem z innego materiału, a sam kielich z jakiejś brunatnej masy, gładkiej jak szyba zwierciadła. Kształt miał gruszkowaty, po bokach dwa uszka do podnoszenia, bo ciężar jego był dość znaczny. Cały był pozłacany czy też wyłożony złotem. Podstawka wyrobiona była sztucznie z ciemnej złotej rudy. W koło obejmował ją z tegoż materiału wąż i latorośl winna, a prócz tego wysadzona była drogimi kamieniami. W podstawie, jak już wspomniałam, był schowek dla małej łyżeczki.

Kielich sam przechowywał później Jakub Młodszy przy kościele jerozolimskim. Wiem, że dotychczas znajduje się on gdzieś w bezpiecznym ukryciu i kiedyś znowu wyjdzie na jaw w stosownym czasie, jak i teraz do ostatniej wieczerzy. Mniejsze kubki przeszły w posiadanie innych kościołów, i tak jeden był w Antiochii, inny znów w Efezie; w ogóle naczynia te dostały się siedmiu kościołom. Kubki te należały kiedyś do Patriarchów, którzy pili z nich pełen tajemnic napój, gdy odbierali lub udzielali błogosławieństwa, jak to w swoim czasie widziałam i opowiadałam.

Początek wielkiego kielicha ginie w pomroce wieków. Posiadał go już Noe i w czasie potopu ustawił go w arce na samej górze. Melchizedek przyniósł go z sobą z kraju Semiramidy, gdzie był zarzucony, do Kanaanu, gdy zakładał osady w Jerozolimie; w nim składał wobec Abrahama ofiarę chleba i wina, i potem mu go pozostawił. Później widziałam go u Mojżesza. Masa, z której był zrobiony, była tak zbitą, jak masa dzwonu. Nie zdawał się być wykuty ręką ludzką, lecz jak gdyby przyroda sama go ukształtowała i jakoby wytworzył się z łona ziemi. Kiedy powstał i z czego, to było wiadomym tylko samemu Jezusowi."

(*) tak, ten kielich ma również nazwę (Święty) Graal :) 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11