czwartek, 22 września 2016
Wolność, wybór i matematyka.

Słyszałem kiedyś taką teologiczną „definicję” wolności, że wolność to możliwość wyboru dobra(*). Słowa te powodują oczywiście wykrzywienie ust każdego ścisłowca (łącznie ze mną), bo nie jest to zbyt dobra definicja (zakłada wcześniejszą definicję dobra, dlatego nazwałem ją teologiczną), raczej charakteryzacja. Niemniej myślę, że warto się nad nią pochylić.

Po pierwsze, wynika z tego, że możliwość wyboru między złem a innym złem nie jest żadną wolnością. Że choć do wolności możliwość wyboru jest koniecznie potrzebna, to jednak nie jest wystarczająca. Że wolność to coś więcej. Można się kłócić z tym twierdzeniem, ale wydaje mi się, że przynajmniej należy je głęboko przemyśleć.

Co ważniejsze jednak, z tej „definicji” wynika, że wolność i dobro są nierozerwalnie ze sobą powiązane. Że nie sposób mówić o jednym bez drugiego. I ten wniosek jest w oczywisty sposób podważany w naszym „ponowoczesnym” społeczeństwie.

Przecież powszechnie głosi się dziś, że wolność nie powinna mieć żadnych granic. Że każdy sam powinien sobie zdefiniować co jest dobre a co złe i w związku z tym gdzie leżą granice jego „prywatnej” wolności. I że właśnie na tym polega liberalizm, że liberalizm to po prostu „wolnoć Tomku w swoim domku” i nic więcej.

O tym czym dla mnie jest „prawdziwy” liberalizm, napiszę innym razem (**). Teraz jednak chciałem „zaorać” ☺ liberalizm fałszywy, ten właśnie „ponowoczesny”.

Czytam ostatnio książkę słynnego katolickiego doktora inżyniera budownictwa Jacka Pulikowskiego pt. "Warto być ojcem". Książki w całości raczej nie polecam, ale jeden jej fragment zainspirował mnie do napisania tego wpisu:

Wyrzucono na śmietnik funkcjonujące od stuleci modele, ideały, wzorce nie dając przy tym nic w zamian.

Dla mnie to jest właśnie źródło problemu. Mój problem z „liberalizmem ponowoczesnym” nie bierze się stąd, że jest on liberalny (bo liberalizm kocham), ale stąd, że stawia człowieka w sytuacji „radź sobie teraz sam”. To tak jakby (dochodzimy w końcu do Królowej Nauk) powiedzieć: „nie podoba mi się matematyka, trzeba ją napisać od nowa”. Pozornie w takim powiedzeniu nie ma nic złego, ale tylko pozornie.
Czytałem kiedyś wspomnienia Wacława Solskiego, który jako młody komunista buntował się przeciw zasadom arytmetyki. Dodawanie tłumaczono mu (jak chyba do dziś często się zdarza) na jabłkach a jemu gryzło się to ze światopoglądem. Bo przecież nie dla każdego jedno jabłko znaczy tyle samo (ech, ta wrażliwość na biedę) i w związku z tym jak można twierdzić, że 1+1=2?!?

Najśmieszniejsze jest to, że Solski miał naprawdę zdrowe intuicje - uwaga - matematyczne! Bo to, że 1+1=2 wbrew obiegowej opinii wcale nie jest aksjomatem, wcale nie jest „matematyczną prawdą”. Jest tylko i wyłącznie jednym z modeli dodawania liczb. (inna sprawa, że najczęściej używanym)

Tak czy siak, bieda zaczyna się jeśli ktoś poprzestanie na stwierdzeniu „matematyka nie ma sensu” i nie zaproponuje niczego lepszego.

No bo wyobraźcie sobie, że nagle niszczymy wszystkie podręczniki do matematyki i każemy ludziom stworzyć ich własną. (a mniej więcej to właśnie proponuje „etyka ponowoczesna”)

Przede wszystkim większość ludzi ucieszy się, że teraz już nie muszą przejmować się takimi rzeczami jak reguły arytmetyki i w ogóle jakąkolwiek matematyką przestaną sobie zawracać głowę. A jeśli już będą do tego zmuszeni przez życie to będą tylko kombinować jakby tu tak zrobić, żeby „wyszło na ich”.

No ale dobrze, znajdzie się kilku matematyków „ateistycznych”, którzy będą chcieli się tym zajmować, bo ich to po prostu interesuje. Już pal licho, że wszystko będą musieli zaczynać od nowa, jeszcze raz „odkrywać koło”. Gorzej, że każdy będzie miał „swoje” koło, najprawdopodobniej kompletnie inne od kół swoich kolegów. Wyobrażacie sobie jak musiałyby wyglądać np. konferencje takich „wyzwolonych” matematyków? Jak oni w tej wieży Babel mieliby się dogadać? Ja sobie nie wyobrażam.

A nie, przepraszam, wyobrażam sobie.
Działoby się tam dokładnie to samo co w dyskusjach internetowych o religii i polityce.

(*) nawet Wyborcza o tym pisze: http://wyborcza.pl/1,95891,6332340,Moje_20_lat__Wolnosc_to_wybor_dobra.html

(**) a dokładniej rzecz biorąc piszę o tym już jakieś pół roku



wtorek, 05 stycznia 2016
Nowy Rok.

Jeśli chodzi o rok 2015 to odmawiam komentowania go, bo był on dla mnie osobiście bodaj najgorszym w życiu. Pozostaje mi zatem powołać się na cudze podsumowania, z których wybieram oddający mój stan ducha Komunikat Ministerstwa Prawdy.

Rok 2016 dla równowagi witam z dużą nadzieją. Kiedy o nim myślę, do głowy przychodzą mi głównie trzy sprawy, którymi chciałem się z Wami podzielić w tym wpisie. I choć pisany on będzie tradycyjnie z pozycji "Polakatolika", to - jak zwykle - postaram się w nim zawrzeć wrażliwość również na cudze punkty widzenia. I obiecuję, że tym razem nie będzie żadnej polityki.

    1. 1050 rocznica chrztu Mieszka I
      Chyba zbyt rzadko uświadamiamy sobie jak istotne było to wydarzenie dla naszego kraju. We mnie ten temat od jakiegoś czasu bardzo mocno pracuje, ukułem sobie nawet takie hasło: Chrzest źródłem Polski. Nie jestem historykiem, więc nie będę nawet próbował wchodzić w dyskusję na ile rok 966 był początkiem naszej państwowości. Nie chcę również wchodzić w temat chrztu jako wydarzenia religijnego, bo dla zainteresowanych ten kontekst jest oczywisty. Jest za to zupełnie jasne, że to wydarzenie zaczęło w historii Polski zupełnie nową erę, włączyło nas po prostu w kulturę europejską i pozwoliło czerpać z jej osiągnięć. Z jakichś powodów wciąż mocny jest w Polakach "kompleks Zachodu", cały czas zastanawiamy się czy Polska jest europejska czy nie. Rok wejścia w struktury Unii Europejskiej przez wielu określany był mianem "wejścia do Europy". A przecież my do tej Europy weszliśmy w 1050 lat temu i nigdy z niej nie wyszliśmy.
    2. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie
      Powiązanie z poprzednim wydarzeniem jest oczywiste, bo głównie z okazji tej rocznicy Polska została wyróżniona byciem gospodarzem imprezy o rozmachu porównywalnym z Euro 2012. Przesadzam? Nie sądzę. Nie dość, że na to wydarzenie zjadą miliony (sic!) osób z całej Europy, to jeszcze drugie tyle Polaków będzie zaangażowane w ich przywitanie, w szczególności udzielenie im noclegu. Dla mnie to jest wydarzenie bez precedensu.
      Byłoby zatem chyba świetnie, gdybyśmy potrafili wszyscy potraktować je tak samo jak Euro, czyli wielką szansę dla naszego kraju. Wszyscy, czyli zarówno wierzący jak i niewierzący. Bo nie tylko fanom piłki nożnej udzielił się "euroentuzjazm".
    3. Jubileusz Miłosierdzia
      Najważniejsze na koniec. Najważniejsze, bo ja długo nie zdawałem sobie sprawy jak istotnym wydarzeniem jest ten ogłoszony przez Franciszka Jubileusz. Dopiero bp Ryś mi to uświadomił, więc dzielę się. Mówi o tym tak pięknie, że ja w zasadzie nie mam nic do dodania...
sobota, 08 sierpnia 2015
Jestem za życiem, jestem za in vitro.

Dla jasności: nie podpisuję się pod tą deklaracją Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zainspirowały mnie one jednak do napisania kilku słów w temacie prawodawstwa związanego z zapłodnieniem pozaustrojowym. (wszystkich aspektów tej procedury nie ma szans nawet dotknąć w krótkiej notce)

Mam wrażenie, że dość powszechnie panuje przekonanie, że Kościół katolicki nigdy nie zgodzi się na legalność in vitro. Zdaje się to potwierdzać fakt, że kilka dni temu Rada Prawna KEP wydała w tej sprawie stosowne oświadczenie.
Roma locuta, causa finita. Czyż nie?

Otóż nie do końca.
Stawiam tezę: in vitro - przy pewnych warunkach - może być legalne.
Zanim rzucicie we mnie kamień, pozwólcie, że wytłumaczę.
Na koniec zaś wyjaśnię po co snuję te - było nie było akademickie - rozważania.

Zacznę może od przypomnienia, że in vitro - nawet gdy jest legalne - pozostaje dla katolika niegodziwe. Gdyby ktokolwiek miał w tej sprawie jakiekolwiek wątpliwości, jestem gotów do dyskusji, ale prosiłbym wcześniej o zapoznanie się z instrukcją Dignitas Personae. Ale niegodziwość nie jest (sama w sobie) argumentem za delegalizacją, bo legalne jest zarówno nie chodzenie w niedzielę do kościoła, cudzołóstwo jak i tak powszechny grzech jak kłamstwo. Swoją drogą niezłym eksperymentem myślowym jest wyobrażenie sobie ustawy zakazującej kłamstwa.

Jak zatem Episkopat tłumaczy niemożność przystępowania do komunii polityków, którzy poparli tę ustawę? Oświadczenie dość jasno to precyzuje: "grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia".

Zacznę może od końca. Dlaczego "stanowi szczególną formę zgorszenia"? Czy nie dlatego, że w dzisiejszych czasach bardzo mocno utożsamiamy prawo stanowione z etyką? To, co wolno, z tym, co jest moralne?

Nie jestem prawnikiem, ale wydaje mi się, że stojąca za tym idea jest nie dość, że błędna, to niezwykle niebezpieczna.

Po pierwsze dlatego, że daje naszym "politykom" okazje do kompletnie bezsensownych dyskusji. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że parlament nie mógłby debatować na tematy światopoglądowe. Że musiałby się zajmować tylko takimi tematami jak: ekonomia, edukacja, bezpieczeństwo narodowe. Wyobraźcie to sobie. Jak bardzo obnażyłoby to biedę intelektualną wielu z naszych "przedstawicielu Narodu".

Utożsamienie moralności z kodeksem karnym jest niebezpieczne również z tego powodu, że zwalnia z myślenia i odpowiedzialności za swoje czyny. Państwo zezwala? Znaczy, że robię dobrze. Zrobiłem coś nielegalnego, ale mnie nie złapali? Oszukałem system!

Napisałem, że utożsamienia tego dokonujemy "w dzisiejszych czasach", bo nie tak dawno temu nikomu by to nie przyszło do głowy. A za czasów pierwszych chrześcijan było wręcz oczywiste, że tak nie jest.

Można zatem (teoretycznie) wyobrazić sobie sytuację, w której in vitro jest legalne, choć żaden katolik z tej procedury nie korzysta.

Po co jednak sobie taką sytuację wyobrażać? Z tego co wiem większość czytelników mojego bloga stanowią katolicy i myślę, że u wielu z nich to co piszę może wywoływać opór. Czy nie lepiej zaciekle walczyć o życie każdego człowieka? Szczególnie tak bezbronnego jak zarodek.

Chodzi o wolność. Ks. Józef Tischner pisał ponad dwadzieścia lat temu:
"Czy nie stajemy się dziś ofiarami nowego, nieznanego nam dotąd lęku – lęku przed wolnością? Jeszcze nie tak dawno potwierdzaliśmy dzielnie naszą tożsamość w oporze przeciw gwałtowi, a dziś – odnoszę wrażenie – nie potrafimy spojrzeć w głąb odzyskanej wolności. Czyżby to, o co tak długo walczyliśmy, było dla nas zapowiedzią samego tylko piekła?"
Jan Maria Rokita kiedyś dowcipnie zauważył, że można rozważyć w Biblii zamianę słowa "diabeł" na słowo "liberał".

Kościół jako instytucja boi się wolności. To jest zupełnie oczywiste, bo tak musi działać każda instytucja.
Ja jednak, jako jednostka, tego umiłowania wolności będę bronił.
Nie dlatego, żeby była ona wartością absolutną. Daleko nie.
Inaczej jednak nie widzę możliwości na realizację projektu, któremu na imię "Polska". Nie wierzę już w Christianitas. Nie wiem nawet, czy takiej Polski bym chciał.

Wierzę natomiast, że wolność jest wielkim darem od Boga. Pięknie to opisuje cytat z Tocqueville'a, który już tu kiedyś umieszczałem: "Wolność traktuje religię jako towarzyszkę swych walk i zwycięstw, kolebkę swego dzieciństwa, boskie źródło swych praw. Uważa religię za strażniczkę obyczajów, obyczaje zaś za rękojmię prawa i gwarancję własnego przetrwania". Napiszę o tym niedługo osobny wpis.

I bardzo chciałbym dożyć czasów, w których będziemy się wzajemnie szanować. Czasów, w których (jakikolwiek) prezydent może praktykować swoją wiarę bez medialnego szumu. Czasów, w których będziemy nawzajem słuchać swoich racji, a nie tylko próbować wykrzyczeć swoje. Czasów, w których nie będziemy musieli "walczyć o życie", tylko po prostu żyć razem. A także czasów, kiedy zakazywanie nie będzie jedynym sposobem na "uniknięcie jakiejkolwiek formy zgorszenia"...

piątek, 03 lipca 2015
Tomasz.

Dziś będzie o moim ulubionym świętym.
Mało o nim wiemy i myślę, że miałby w dzisiejszym Kościele problemy.

Występuje on w Biblii dokładnie trzy razy. Choć najbardziej znany jest ten trzeci raz, od którego Tomasz zyskał bezsensowny przydomek "niewierny", zacznijmy od początku.

Pierwszy raz spotykamy Tomasza w J 11. Od razu poznajemy jego charakter. Jezus chce iść do Jerozolimy, mimo że tam czyhają na Jego życie. Co na to Tomasz? "Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć". Odwagi mu odmówić nie można.

Za drugim razem Tomasz, w jakimś sensie, sprzeciwia się Jezusowi. Mistrz mówi: "Znacie drogę, dokąd Ja idę". Tomasz zaś odpowiada: "Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?". Wydaje mi się, że wyraża po prostu to, co wszyscy czuli. Kompletne niezrozumienie tego, co mówi ich Nauczyciel.

Zaś na koniec jak każdy wie, Tomasz włożył Jezusowi rękę w bok. Nawet mamy z tego wydarzenia zrobione zdjęcie, o tu:

Tomasz

Szkoda tylko, że nigdzie nie jest napisane, że Tomasz rzeczywiście to zrobił. Na pewno chciał. Ale niektórzy uważają, że sam widok Jezusa wystarczył do słynnego wyznania: "Pan mój i Bóg mój!".


Jaka z tego wszystkiego dla nas nauka?
Co prawda "proszę nie czekać na nauki, tezy i wnioski", ale chciałbym się podzielić jedną myślą.

Święty Tomasz raczej nie miałby dzisiaj szans zostać biskupem. Nie wiem czy dostałby chociażby święcenia kapłańskie.
Owszem, "zwykły" wierny może mieć wątpliwości, może chcieć "włożyć palec w miejsce gwoździ", ale czy przystoi to księdzu?

A tymczasem Tomasz był apostołem. I jest świętym.

poniedziałek, 29 czerwca 2015
Witraż.

Dziś uroczystość świętych: Piotra i Pawła. Święto Kościoła.

Na kazaniu usłyszałem ciekawe porównanie tej wspólnoty do witraża. Z zewnątrz często niezbyt atrakcyjny, swoje piękno objawia dopiero, gdy się wejdzie do środka.
Podoba mi się to porównanie z dwóch powodów.

Po pierwsze, dowartościowuje ludzki wysiłek. Witraże są różne, niektóre brzydsze, niektóre ładniejsze. Warto sobie jednak uświadomić jak trudno jest taki witraż zrobić (mam wujka, który się tym zajmuje). Co zrobić jeśli witraż nam się nie podoba? Można przebudować, ale to naprawdę olbrzymie przedsięwzięcie. Niektórym czasem wydaje się, że wystarczy tylko zmienić jakieś jedno szkiełko albo dwa (w kontekście Kościoła byłoby to np. przykazanie, które nam nie odpowiada), ale każdy kto ma szersze spojrzenie widzi, że zaszkodziłoby to tylko całości.

Z drugiej strony, ta analogia podkreśla znaczenie tego, co w Kościele jest najważniejsze. Czyli Boga.
Bo jakby pięknego witrażu nie zbudować, jeśli nie będzie światła, to taki witraż nie ma absolutnie żadnego sensu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24