sobota, 08 sierpnia 2015
Jestem za życiem, jestem za in vitro.

Dla jasności: nie podpisuję się pod tą deklaracją Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zainspirowały mnie one jednak do napisania kilku słów w temacie prawodawstwa związanego z zapłodnieniem pozaustrojowym. (wszystkich aspektów tej procedury nie ma szans nawet dotknąć w krótkiej notce)

Mam wrażenie, że dość powszechnie panuje przekonanie, że Kościół katolicki nigdy nie zgodzi się na legalność in vitro. Zdaje się to potwierdzać fakt, że kilka dni temu Rada Prawna KEP wydała w tej sprawie stosowne oświadczenie.
Roma locuta, causa finita. Czyż nie?

Otóż nie do końca.
Stawiam tezę: in vitro - przy pewnych warunkach - może być legalne.
Zanim rzucicie we mnie kamień, pozwólcie, że wytłumaczę.
Na koniec zaś wyjaśnię po co snuję te - było nie było akademickie - rozważania.

Zacznę może od przypomnienia, że in vitro - nawet gdy jest legalne - pozostaje dla katolika niegodziwe. Gdyby ktokolwiek miał w tej sprawie jakiekolwiek wątpliwości, jestem gotów do dyskusji, ale prosiłbym wcześniej o zapoznanie się z instrukcją Dignitas Personae. Ale niegodziwość nie jest (sama w sobie) argumentem za delegalizacją, bo legalne jest zarówno nie chodzenie w niedzielę do kościoła, cudzołóstwo jak i tak powszechny grzech jak kłamstwo. Swoją drogą niezłym eksperymentem myślowym jest wyobrażenie sobie ustawy zakazującej kłamstwa.

Jak zatem Episkopat tłumaczy niemożność przystępowania do komunii polityków, którzy poparli tę ustawę? Oświadczenie dość jasno to precyzuje: "grzech popełniony publicznie, jakim jest udział w stanowieniu prawa naruszającego godność życia ludzkiego, stanowi szczególną formę zgorszenia".

Zacznę może od końca. Dlaczego "stanowi szczególną formę zgorszenia"? Czy nie dlatego, że w dzisiejszych czasach bardzo mocno utożsamiamy prawo stanowione z etyką? To, co wolno, z tym, co jest moralne?

Nie jestem prawnikiem, ale wydaje mi się, że stojąca za tym idea jest nie dość, że błędna, to niezwykle niebezpieczna.

Po pierwsze dlatego, że daje naszym "politykom" okazje do kompletnie bezsensownych dyskusji. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że parlament nie mógłby debatować na tematy światopoglądowe. Że musiałby się zajmować tylko takimi tematami jak: ekonomia, edukacja, bezpieczeństwo narodowe. Wyobraźcie to sobie. Jak bardzo obnażyłoby to biedę intelektualną wielu z naszych "przedstawicielu Narodu".

Utożsamienie moralności z kodeksem karnym jest niebezpieczne również z tego powodu, że zwalnia z myślenia i odpowiedzialności za swoje czyny. Państwo zezwala? Znaczy, że robię dobrze. Zrobiłem coś nielegalnego, ale mnie nie złapali? Oszukałem system!

Napisałem, że utożsamienia tego dokonujemy "w dzisiejszych czasach", bo nie tak dawno temu nikomu by to nie przyszło do głowy. A za czasów pierwszych chrześcijan było wręcz oczywiste, że tak nie jest.

Można zatem (teoretycznie) wyobrazić sobie sytuację, w której in vitro jest legalne, choć żaden katolik z tej procedury nie korzysta.

Po co jednak sobie taką sytuację wyobrażać? Z tego co wiem większość czytelników mojego bloga stanowią katolicy i myślę, że u wielu z nich to co piszę może wywoływać opór. Czy nie lepiej zaciekle walczyć o życie każdego człowieka? Szczególnie tak bezbronnego jak zarodek.

Chodzi o wolność. Ks. Józef Tischner pisał ponad dwadzieścia lat temu:
"Czy nie stajemy się dziś ofiarami nowego, nieznanego nam dotąd lęku – lęku przed wolnością? Jeszcze nie tak dawno potwierdzaliśmy dzielnie naszą tożsamość w oporze przeciw gwałtowi, a dziś – odnoszę wrażenie – nie potrafimy spojrzeć w głąb odzyskanej wolności. Czyżby to, o co tak długo walczyliśmy, było dla nas zapowiedzią samego tylko piekła?"
Jan Maria Rokita kiedyś dowcipnie zauważył, że można rozważyć w Biblii zamianę słowa "diabeł" na słowo "liberał".

Kościół jako instytucja boi się wolności. To jest zupełnie oczywiste, bo tak musi działać każda instytucja.
Ja jednak, jako jednostka, tego umiłowania wolności będę bronił.
Nie dlatego, żeby była ona wartością absolutną. Daleko nie.
Inaczej jednak nie widzę możliwości na realizację projektu, któremu na imię "Polska". Nie wierzę już w Christianitas. Nie wiem nawet, czy takiej Polski bym chciał.

Wierzę natomiast, że wolność jest wielkim darem od Boga. Pięknie to opisuje cytat z Tocqueville'a, który już tu kiedyś umieszczałem: "Wolność traktuje religię jako towarzyszkę swych walk i zwycięstw, kolebkę swego dzieciństwa, boskie źródło swych praw. Uważa religię za strażniczkę obyczajów, obyczaje zaś za rękojmię prawa i gwarancję własnego przetrwania". Napiszę o tym niedługo osobny wpis.

I bardzo chciałbym dożyć czasów, w których będziemy się wzajemnie szanować. Czasów, w których (jakikolwiek) prezydent może praktykować swoją wiarę bez medialnego szumu. Czasów, w których będziemy nawzajem słuchać swoich racji, a nie tylko próbować wykrzyczeć swoje. Czasów, w których nie będziemy musieli "walczyć o życie", tylko po prostu żyć razem. A także czasów, kiedy zakazywanie nie będzie jedynym sposobem na "uniknięcie jakiejkolwiek formy zgorszenia"...

piątek, 03 lipca 2015
Tomasz.

Dziś będzie o moim ulubionym świętym.
Mało o nim wiemy i myślę, że miałby w dzisiejszym Kościele problemy.

Występuje on w Biblii dokładnie trzy razy. Choć najbardziej znany jest ten trzeci raz, od którego Tomasz zyskał bezsensowny przydomek "niewierny", zacznijmy od początku.

Pierwszy raz spotykamy Tomasza w J 11. Od razu poznajemy jego charakter. Jezus chce iść do Jerozolimy, mimo że tam czyhają na Jego życie. Co na to Tomasz? "Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć". Odwagi mu odmówić nie można.

Za drugim razem Tomasz, w jakimś sensie, sprzeciwia się Jezusowi. Mistrz mówi: "Znacie drogę, dokąd Ja idę". Tomasz zaś odpowiada: "Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?". Wydaje mi się, że wyraża po prostu to, co wszyscy czuli. Kompletne niezrozumienie tego, co mówi ich Nauczyciel.

Zaś na koniec jak każdy wie, Tomasz włożył Jezusowi rękę w bok. Nawet mamy z tego wydarzenia zrobione zdjęcie, o tu:

Tomasz

Szkoda tylko, że nigdzie nie jest napisane, że Tomasz rzeczywiście to zrobił. Na pewno chciał. Ale niektórzy uważają, że sam widok Jezusa wystarczył do słynnego wyznania: "Pan mój i Bóg mój!".


Jaka z tego wszystkiego dla nas nauka?
Co prawda "proszę nie czekać na nauki, tezy i wnioski", ale chciałbym się podzielić jedną myślą.

Święty Tomasz raczej nie miałby dzisiaj szans zostać biskupem. Nie wiem czy dostałby chociażby święcenia kapłańskie.
Owszem, "zwykły" wierny może mieć wątpliwości, może chcieć "włożyć palec w miejsce gwoździ", ale czy przystoi to księdzu?

A tymczasem Tomasz był apostołem. I jest świętym.

poniedziałek, 29 czerwca 2015
Witraż.

Dziś uroczystość świętych: Piotra i Pawła. Święto Kościoła.

Na kazaniu usłyszałem ciekawe porównanie tej wspólnoty do witraża. Z zewnątrz często niezbyt atrakcyjny, swoje piękno objawia dopiero, gdy się wejdzie do środka.
Podoba mi się to porównanie z dwóch powodów.

Po pierwsze, dowartościowuje ludzki wysiłek. Witraże są różne, niektóre brzydsze, niektóre ładniejsze. Warto sobie jednak uświadomić jak trudno jest taki witraż zrobić (mam wujka, który się tym zajmuje). Co zrobić jeśli witraż nam się nie podoba? Można przebudować, ale to naprawdę olbrzymie przedsięwzięcie. Niektórym czasem wydaje się, że wystarczy tylko zmienić jakieś jedno szkiełko albo dwa (w kontekście Kościoła byłoby to np. przykazanie, które nam nie odpowiada), ale każdy kto ma szersze spojrzenie widzi, że zaszkodziłoby to tylko całości.

Z drugiej strony, ta analogia podkreśla znaczenie tego, co w Kościele jest najważniejsze. Czyli Boga.
Bo jakby pięknego witrażu nie zbudować, jeśli nie będzie światła, to taki witraż nie ma absolutnie żadnego sensu.

sobota, 16 maja 2015
Trudne decyzje.

Tydzień temu cała Polska (a przynajmniej moja najbliższa okolica) żyła pierwszą turą wyborów prezydenckich. Jej wynik był dla wielu osób zaskoczeniem.
Nie jest jednak zaskoczeniem skład drugiej tury. Duża część społeczeństwa (oceniam, że ponad połowa) uznaje ten wybór za decyzje między dżumą a cholerą. Ja również. Nasz dramat polega na tym, że coś wybrać musimy. Tertium non datur. Na którąś z tych chorób zachorujemy.

Przy tej okazji duża część obywateli rezygnuje z uczestnictwa w wyborach. Motywacje mają różne, ale jedną z nich jest myślenie na zasadzie: "i tak nic się nie zmieni". To akurat wierutna bzdura i nie chodzi tylko o straszenie się nawzajem tym, co się stanie, jak kontrkandydat dojdzie do władzy. To są różni kandydaci, choćby dlatego, że stoją za nimi różne partie.

Tak jak wspomniałem, osobiście jestem sceptyczny do obu opcji politycznych reprezentowanych w drugiej turze wyborów prezydenckich, ale wiem już na kogo będę głosował. Nie chcę tu uprawiać taniej (ani drogiej) propagandy, ale chcę napisać, jak widzę oferowane nam opcje choroby.

1. Komorowski.
W Internecie powstał zwięzły opis tego kandydata "chujowo, ale stabilnie". Czuję, że jest w tym jakaś prawda, ale patrząc na to z innej strony, może to być stabilność w rodzaju zamiatania pod dywan trudności, które prędzej czy później muszą nas dopaść.

2. Duda.
W kontekście tego co napisałem wcześniej, należałoby ukuć hasło: "chujowo i niestabilnie". Jeszcze pamiętam jak PiS nie radził sobie po dojściu do władzy, nawet jeśli - wg mnie - motywacje mieli dobre. Teraz może być podobnie.

Panuje dosyć powszechne przekonanie, że dla katolika lepszym kandydatem jest reprezentant Prawa i Sprawiedliwości. Pogląd ten zdaje się wyznawać nawet Grzegorz Braun. Ja nie jestem co do tego przekonany.

Nie jest dla mnie również jasne, czy wspomniana przez p. Brauna zasada: "im gorzej, tym lepiej"  nie ma przypadkiem zastosowania w naszej obecnej sytuacji politycznej. Faktem jest, że świetnie ona działa w przypadku Kościoła. Może zatem mogłaby jakoś zadziałać również w przypadku wspólnoty świeckiej? Szczególnie w sytuacji, która wymaga radykalnych (a nie powierzchownych) zmian systemowych?
Nie wiem.

Ale wiem, że za tydzień zagłosuję na Andrzeja Dudę. 

sobota, 18 kwietnia 2015
Nikodem.

W mijającym tygodniu czytaliśmy w ewangeliach o wizycie Nikodema u Jezusa.
Myślę, że ta historia broni się sama, ale okazuje się, że ma jeszcze ciekawszy kontekst historyczno-kulturowy. Dawno temu obiecałem go opisać, więc pora dotrzymać słowa. Jak zwykle, na podstawie tej książki.

(J 3,2) Ludzie przychodzili do innych nocą, aby nikt tego nie zauważył; tutaj być może dlatego, że żydowscy nauczyciele pracowali w dzień i mogli studiować Prawo jedynie nocami (por. Ps 119,148; druga z ewentualności zapewne nie zachodziła w przypadku Nikodema, który nie musiał pracować - w. 1). Jan dodaje ten szczegół, ponieważ pasuje do jego motywu światłości i ciemności (J 11, 10, 13, 30), który tworzy ramy tej narracji (J 3, 19-21).

(J 3,3-4.) Jezus mówi dosłownie o narodzeniu "z góry" (użyty tu grecki termin można tłumaczyć "z góry" albo "powtórnie"), co oznacza "z Boga" (zwrot "z góry" był pośrednim sposobem wskazania na Boga, często stosowanym przez Żydów). Można go też rozumieć jako "narodzić się powtórnie", co Nikodem odczytuje dosłownie. (Starożytni pisarze, w tym autorzy ksiąg Starego Testamentu - Jr 11,11-12; Mi 1,10-15 - często posługiwali się grą słów; czasami pisarze antyczni posługiwali się drugoplanowymi bohaterami swoich narracji jako postaciami mniej inteligentnymi i tworzącymi tło dla głównych bohaterów.) Ponieważ nauczyciele żydowscy powiadali, że poganie nawróceni na judaizm zaczynali życie od nowa jak "nowo narodzone niemowlęta" (podobnie jak adoptowani synowie w prawie rzymskim, którzy tracili dawny status prawny związany z przynależnością do poprzedniej rodziny gdy stawali się członkami nowej), Nikodem powinien był wiedzieć, że Jezusowi chodzi o nawrócenie. Nigdy jednak nie przyszło mu do głowy, że Żyd potrzebuje nawrócenia na prawdziwą wiarę Izraela.

(J 3,5). Ludzie nawracający się na judaizm byli nazywani "nowo narodzonymi dziećmi" kiedy przyjęli chrzest mający na celu usunięcie pogańskiej nieczystości. "Narodzenie z wody" mogło więc dodatkowo wyjaśnić Nikodemowi, że "narodzenie z góry" oznacza nawrócenie, nie zaś powtórne narodziny w sensie fizycznym. Grecki tekst J 3,5 może znaczyć albo "z wody i z ducha" albo "z wody, to znaczy z Ducha". W Ez 36,24-27 woda została użyta w sensie symbolicznym na oznaczenie oczyszczenia dokonanego przez Ducha, co w ustach Jezusa mogło oznaczać "nawrócić się z Ducha" (por. J 7,37-39), w nawiązaniu do duchowego chrztu prozelitów. Podczas gdy żydowscy nauczyciele mówili o nawróconych na judaizm jako "nowo narodzonych" jedynie w tym znaczeniu, że zrywali oni dawne związki, prawdziwe powtórne narodzenie z Ducha miało stwarzać nowe serce (Ez 36,26).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24