niedziela, 22 marca 2015
Cisza.



w ciszy słychać głos sumienia

Kolejny wpis "muzyczny", choć jak zwykle nie o wartości estetyczne chodzi.

w ciszy słychać oddech duszy

Nie o tekst sam w sobie również. Nie mnie oceniać jego walory poetyckie.

w ciszy słychać jaka jestem mała brudna grzeszna goła

Chodzi o ciszę. Jak wiecie, już na jej temat trochę kiedyś pisałem.

cisza wcale nie jest cicha

Niewiele się od tego czasu zmieniło.

cisza wcale nie jest głucha

Wciąż cisza napełnia mnie autentycznym przerażeniem.

cisza krzykiem odpowiada każdej myśli której słucha

Zostanie sam na sam ze swoimi myślami jest dla mnie praktycznie niewykonalne.

święty spokój ucisz ciszę

Dużo łatwiej jest spróbować tę ciszę zagłuszyć, czymkolwiek.

święty spokój zagłusz głuszę

Tylko problem jest taki, że to w nieskończoność zagłuszać się nie da.

święty spokój uduś duszę

I koszty tego zagłuszania bardzo duże są...

święty spokój święty spokój

sobota, 21 marca 2015
Martwica.

Ostatnia notka dotyczyła wielu spraw, ale między innymi ważnego dla mnie listu św. Jakuba. Jest w niej jeszcze jeden tekst, skądinąd bardzo znany:

"Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie."

Cytat ten jest słynny chociażby ze względu na trwającą do dziś dyskusję między katolikami a protestantami o usprawiedliwieniu. Tylko że ja zupełnie, ale to zupełnie nie o tym chcę dzisiaj pisać...

Najczęściej ten cytat rozumiemy chyba jako właśnie taki przytyk: jeśli nie widać po tobie, że jesteś wierzący, to czy aby na pewno wierzysz? Pomijając już nawet dyskusję o tym co w zasadzie miałoby znaczyć to "widać po tobie", takie podejście łatwo może się zamienić, a może wręcz po prostu jest, przejawem skrupulanctwa(*). Mnie ta deformacja sumienia jest niestety jakoś tam bliska, ale chyba każdemu wierzącemu czasem przychodzą do głowy takie myśli: czy ja aby na pewno wierzę? A może tylko tak mi się wydaje?!?

Ale znów, to nie o tym chcę dzisiaj pisać...

Chcę mianowicie nawiązać do tego poprzedniego wpisu, który przede wszystkim tyczył się rozpoczynającego się wtedy okresu Wielkiego Postu. Jak każdy porządny(**) katolik, bardzo poważnie podszedłem do tego tematu, wybrałem sobie umartwienie i rozważałem jak to wspaniale uda mi się "wyćwiczyć duchowo", może nawet zasłużę na koniec na jakąś laurkę i uścisk dłoni prezesa?

A Pan Bóg... Jak to Pan Bóg... Rozwalił to wszystko w drobny mak.

I znowu, nie o tym rozwalaniu chcę pisać. Kto coś takiego przeżył, ten wie. Kto nie przeżył, raczej nie zrozumie.

Chcę napisać o tym, że ta rozwałka nauczyła mnie (co najmniej) jednego.
Że ta "skrupulancka" interpretacja św. Jakuba jest fałszywa. Że można wierzyć i nie czynić - nie mieć siły czynić - dobrych uczynków.
Ale zrozumiałem również, że to nijak nie przeczy temu cytatowi. Bo taka wiara, mimo że jakoś tam istnieje, naprawdę jest martwa. I człowiek z taką wiarą czuje się - po prostu - jak trup.

(*) http://pl.wikipedia.org/wiki/Skrupulatyzm

(**) przynajmniej w swoich oczach

niedziela, 22 lutego 2015
Uczynki pokutne.

Zaczęliśmy Wielki Post. Wśród wielu wspaniałych czytań, jakie w tym czasie daje nam Kościół, najmocniej dotyka mnie chyba zawsze:

Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie - czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem!


Można mieć wątpliwości czy to, co jest w nim opisane, naprawdę powinno nazywać się postem. Czy to raczej nie jakiś rodzaj dobroczynności?
Najwyraźniej w Bożej perspektywie nie. (*)

Kościół w kontekście czasu Wielkiego Postu wspomina o trzech Jego aspektach, zwanych uczynkami pokutnymi. Są to: modlitwa, post i jałmużna. O modlitwie nie chcę tutaj pisać, poza tym, że bez niej nie ma mowy o żadnym życiu duchowym. (**)

Post i jałmużna to niejako dwie strony tego, co czasem nazywamy wyrzeczeniami wielkopostnymi. Strona negatywna to odmówienie sobie jakiegoś dobra. Strona pozytywna to zrobienie w miejsce tego czegoś innego.
I tak przykładowo ja ograniczam swoją działalność na fejsbuku, a zaoszczędzony dzięki temu czas przeznaczam na to, na co często mi go brakuje, np. na rodzinę.

Jeszcze jeden fragment Biblii wydaje mi się przy tej okazji wart zacytowania. Tym razem z mojego ulubionego chyba listu, św. Jakuba:

Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy [sama] wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: "Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!" - a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała - to na co się to przyda?


Ostatnio widziałem pewien ilustrujący go film:


Bardzo mnie poruszył, choć (a może dlatego, że?) ja generalnie łatwo się nie wzruszam.
Wydaje mi się poza tym, że istnieje również taki stereotyp, że osoby o poglądach konserwatywnych nie są wrażliwe na potrzeby innych.
Powyższy cytat ze św. Jakuba jasno pokazuje, że nie może to być prawda, ale wiadomo, że to co jest napisane w Piśmie Świętym to "tylko" ideał, od którego każdy z nas jest nieskończenie daleko...

Myślę jednak, że można i trzeba o tym ideale przypominać nieustannie.
Bo naprawdę, niezależnie od naszych poglądów politycznych i ekonomicznych, istnienie osób ubogich obok nas powinno być dla nas wielkim wstydem.

(*) Boża perspektywa na dobroczynność może być w ogóle ciekawa: http://szymonholownia.com/duchowosc-a-most-lazienkowski/

(**) Bardzo przy tej okazji polecam: http://www.przyjacielemm.pl/index.php/on-line

środa, 28 stycznia 2015
Ofiara czy zaufanie?

Dawno już nie było tu Biblii ;)
No więc to jest tak, że wziąłem udział w pewnym fejsbukowym wydarzeniu i dostałem wczoraj taką wiadomość:
https://www.facebook.com/events/657378571040228/permalink/675998312511587/

Tekst zupełnie klasyczny, analizowany przez sto tysięcy osób na setki różnych sposobów. Podstawowy, jeśli się nie mylę, w judaizmie(*). Dla katolików niezwykle ważny ze względu na analogie między Izaakiem a Chrystusem.

Czytając ten fragment na ogół skupiamy się na postaci Abrahama. Nic w tym dziwnego, bo przecież jego zachowanie jest - po ludzku - nie do pojęcia. Najpierw sto lat czekał na syna, żeby potem go zabić? Jedynego syna, którego dała mu stuletnia Sara? Czy liczył na to, że Bóg jeszcze raz uczyni ten cud? Jeśli tak, to zaiste wielka musiała być jego wiara...
A może po prostu nie myślał o tym za dużo. Z komentarza, który jest pod tym tekstem z Księgi Rodzaju wynika, że Abraham wiedział, że inni bogowie "tak mają", że życzą sobie ofiary z pierworodnych dzieci. To było dla niego *normalne*. Więc może to, co naprawdę zaskoczyło Abrahama to reakcja Boga, który w ostatniej chwili zrezygnował z tego, co Mu się należało.

Warto jednak spojrzeć jeszcze na całą scenę oczami Izaaka.
Takiej perspektywy nie słyszałem chyba nigdy na żadnym kazaniu, rekolekcjach ani konferencji (a było ich trochę...). Nie mój to jednak pomysł, lecz "ukradziony" z następującego bloga: http://flp2komma1-11.blogspot.com/2015/01/thanks-to-proconvertable-one-dzieki-j.html
Niewątpliwie jest to bardzo cenne spojrzenie, bo chyba częściej jest nam bliżej do bycia Izaakiem niż Abrahamem. Tak mi się przynajmniej wydaje.

A jak wydaje się Tobie? Jakie jest Twoje serce? Gotowe poświęcić wszystko? Czy zalęknione i oczekujące śmierci, choć ufające?
Wydaje mi się, że to istotne pytania...

Oczywiście odpowiedź nie musi być (i chyba rzadko jest) zero-jedynkowa. Ja dostrzegam w sobie obie postawy. Może taka jest istota ofiary?


I jeszcze jedna krótka myśl na koniec:
"Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach."
Jak często Bóg zaskakuje nas prostym rozwiązaniem problemu, z którym sami kompletnie nie potrafimy sobie dać rady... Wystarczy "tylko" spojrzeć poza siebie...

(*) czyżby też dla muzułmanów?

wtorek, 06 stycznia 2015
Siła ciszy i spokoju.

W zeszłym roku na ŚBN był tu wpis może odrobinę nihilistyczny, tym razem będzie przepełniony wartościami.


Moi znajomi wiedzą, że w Adwencie bardzo poruszył mnie pewien film:

 


Jak większość TEDów, trwa 15 minut. Aż? Tylko?
U mnie w każdym razie z początku wywołał sprzeczne emocje: z jednej strony duże zainteresowanie, ale z drugiej dużą niecierpliwość. Zarówno treść jak i forma bardzo mnie zaintrygowały, ale - na mój gust - film był zbyt mało dynamiczny, narracja zbyt powolna.
Potem uświadomiłem sobie, że przecież właśnie o tym problemie mówił prelegent. Nie wiem czy użył tej "powolności" świadomie czy nie, ale u mnie idealnie obnażył problem "przebodźcowania". Nie umiem już niczego robić wolno i wszystko "optymalizuję czasowo". Co gorsza wiem, że nie jest to dla mnie dobre - Pico w swoim wykładzie tylko mi o tym przypomniał i ładnie streścił problem - ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić.

Wszystko to może nie wywołałoby u mnie tak dużej reakcji, gdyby nie to, że kiedy go oglądałem, byliśmy jeszcze w okresie adwentu, czasu radosnego - a jakże! - ale jednak oczekiwania.
Jest w tym jakiś paradoks(*), że jednocześnie jest to często czas wzmożonej aktywności: zamyka się rok finansowy, kończy różne projekty, a w różnego rodzaju szkołach pisze różnego rodzaju sprawdziany (co daje dużo zajęcia zarówno uczonym jak i uczącym). No i oczywiście prezenty. I oczywiście porządki świąteczne. Każdy wie.

I w tym wszystkim po prostu często nie mamy czasu oczekiwać. Sprowadzamy je do absolutnego minimum, np. poprzestajemy na - często kiepskich - rekolekcjach parafialnych. Już to uznajemy za tak wielkie poświęcenie, że czasem nawet nie zakładamy, że będziemy uczestniczyć w całości ("ze dwa razy wypadałoby pójść" - to cytat jak najbardziej autentyczny).

Dlatego właśnie ten wpis publikuję dopiero teraz.
Jest 6 stycznia. Wszystko pozamykane. Wiem, że niektórych to irytuje.
Ale nie ma żadnej wymówki, żeby nie poświęcić 15 minut na obejrzenie tego TEDa, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś.
A jeśli zrobiłeś, to nie ma żadnej wymówki, żeby nie poświęcić dziś (najlepiej teraz!) paru minut na "bezczynność".
To nieważne jak przeżyłeś Adwent.
To nieważne czy jesteś chrześcijaninem, katolikiem. (choć katolicy właśnie dziś mają szczególną motywację do modlitwy kontemplacyjnej i medytacyjnej)
To nieważne, czy wierzysz w Boga czy jakąkolwiek inną transcendencję.
Zrób to po prostu dla siebie.

(*) może diabelski paradoks?

sobota, 03 stycznia 2015
Nie bójcie się

Ten tytuł mógł brzmieć "Nie lękajcie się", ale specjalnie go nie wybrałem, żeby nie kojarzyło się z Biblią. Bo tym razem nie jest to cytat z Niej(*), tylko tłumaczenie zwrotu "Fear not!" użytego w poniższym filmie:

 


Nie chciałem go oglądać.
Tytuł mnie odstręczał, pomyślałem, że to kolejny nudny opis życia astronauty.
Co gorsza, początek zdawał się trochę potwierdzać tę tezę.

Dopiero później dowiedziałem się skąd wziął się tytuł tej prelekcji. A jest to ważne i warto to wiedzieć przed obejrzeniem. Za Wikipedią:

"During his first spacewalk Hadfield experienced severe eye irritation due to the anti-fog solution used to polish his spacesuit visor, temporarily blinding him and forcing him to vent oxygen into space."

Widać zatem, że człowiek ma o czym opowiadać :)
Jest on również znany z dość słynnego coveru piosenki Davida Bowiego...
Okazuje się też, że ma dosyć rozwinięte poczucie humoru.

Chris jednak zdecydował się nie tylko opowiedzieć o swoich doświadczeniach.
Są one jedynie pretekstem do głębszych rozważań na temat natury ludzkiej.
Tytuł tego wpisu sugeruje, że dla mnie najważniejszym elementem jego wykładu są rozważania na temat strachu. Chris bardzo ładnie tłumaczy różnice między strachem a zagrożeniem, więc nie ma sensu, żebym to powtarzał.

Jest za to chyba sens wrócić do tematu Biblii, od którego odżegnywałem się na początku.
Jak wiadomo słowa "nie lękajcie się" w różnych wersjach pojawiają się tam wiele razy. Ktoś podobno policzył, że dokładnie 365 razy, czyli jakby na każdy dzień. Często przy okazji przywoływania tych słów słuchamy również o Bożej Opatrzności, potrzebie zaufania i tego typu "farmazonach". Bardzo to pobożne, ale czy mądre? Nie wiem...

Wiem natomiast, że kiedy Chris mówi "Fear not!", to ja mam przed sobą w wyobraźni Jezusa, który mówi to samo. I wydaje mi się, że nie mówi to po to, żeby mnie pogłaskać po główce i powtórzyć banalne "wszystkie będzie dobrze". Nie sądzę.

Ten Jezus, którego ja widzę, mówi mi: nie bój się, bo nie warto. Nie bój się, bo każdy lęk pochodzi od Złego. Nie lękaj się, bo to uczucie nie przyniesie w Twoim życiu nic pozytywnego. Może najwyżej Cię sparaliżować, powstrzymać przed zrobieniem czegoś naprawdę wspaniałego.
W tym momencie ten Jezus z powrotem ma twarz Chrisa, który wprost mówi, że gdyby się bał, to nie zrobiłby i nie widziałby tylu pięknych rzeczy w swoim życiu.

I to wcale nie jest tak, że żeby przestać się bać trzeba mieć jakąś bardzo wyrafinowaną motywację, pewnie najlepiej religijną. Wcale nie: prawdopodobnie Chris byłby co najmniej zaskoczony moją interpretacją swojego wykładu. Sam ani słowem nie wspomniał o religii. Za to bardzo przekonywająco opowiada o marzeniach dziewięcioletniego chłopca.

Zatem: nie bójmy się. Nie warto.

(*) nie jest to również nazwa żadnej fundacji ani hasło żadnego marszu...

poniedziałek, 15 grudnia 2014
Oślica.

Dziś w pierwszym czytaniu mamy bardzo optymistyczny opis namiotów Izraela, chwalonego za swoje piękno przez proroka Balaama. Początkowo nieoczywisty związek z Adwentem wyjaśnia się pod koniec, kiedy prorok przewiduje nadejście Mesjasza. Muszę jednak przyznać, że sama osoba Balaama jeszcze godzinę temu była mi praktycznie nieznana, a okazuje się, że to bardzo barwna postać...

Przede wszystkim nie był to prorok izraelski. Przyjrzyjmy się dokładniej następującemu fragmentowi z Księgi Liczb:

2 [Król Moabu] Balak, syn Sippora, widział wszystko, co uczynił Izrael Amorytom. 3 Wtedy strach ogarnął Moab przed tym ludem, który był tak liczny, i lękał się Moab Izraelitów.4 Rzekł więc Moab do starszych spośród Madianitów: «Teraz to mnóstwo pożre wszystko wokół nas, jak wół żre trawę na polu». Wówczas królem Moabu był Balak, syn Sippora.5 On też wysłał posłów do Balaama1, syna Beora, do Petor nad Rzeką w kraju Ammawitów1, aby go zaprosili tymi słowami: «Oto lud, który wyszedł z Egiptu, okrył powierzchnię ziemi i osiadł naprzeciw mnie. 6 Przyjdź więc, proszę, i przeklnij mi ten lud, bo jest silniejszy ode mnie. Być może, uda się go pokonać i z kraju wypędzić. Wiem bowiem, że kogo ty błogosławisz, będzie błogosławiony, a kogo ty przeklniesz, będzie przeklęty». 7 Wybrali się więc starsi Moabitów wraz ze starszymi Madianitów w drogę, zaopatrzeni w dary dla wieszcza. Przybyli do Balaama i przekazali mu słowa Balaka. 8 On zaś im odpowiedział: «Pozostańcie tu na noc, a potem dam wam odpowiedź według tego, co mi Pan powie». Pozostali więc książęta Moabitów u Balaama.9 Przyszedł Bóg do Balaama i rzekł: «Cóż to za mężowie są u ciebie?»10 Balaam odpowiedział Bogu: «Balak, syn Sippora, król Moabitów, przysłał do mnie wiadomość: 11 Oto lud, który wyszedł z Egiptu, okrył powierzchnię ziemi. Przyjdź, a przeklnij ich, abym mógł z nimi walczyć i wypędzić ich». 12 Na to rzekł Bóg do Balaama: «Nie możesz iść z nimi i nie możesz tego ludu przeklinać, albowiem jest on błogosławiony». 13 Gdy powstał Balaam następnego poranka, rzekł do książąt Balaka: «Wracajcie do swego kraju, gdyż Pan nie dozwolił mi iść z wami». 14 Powstali wtedy książęta Moabu i przyszli do Balaka donosząc mu: «Nie zgodził się Balaam pójść z nami». 
15 Wtedy Balak posłał raz jeszcze książąt liczniejszych i bardziej dostojnych niż tamci. 16 Skoro oni przybyli do Balaama, rzekli mu: «Tak mówi Balak, syn Sippora: Nie wzbraniaj się przyjść do mnie.17 Wynagrodzę cię hojnie i wszystko uczynię, cokolwiek mi powiesz. Przyjdźże więc i przeklnij mi ten lud!»18 Balaam odpowiedział sługom Balaka tymi słowami: «Choćby mi Balak dawał tyle srebra i złota, ile pałac jego pomieści, to przecież nie mogę przekroczyć rozkazu Pana, Boga , zarówno w małych rzeczach, jak i wielkich. 19 Pozostańcie jednak przez noc, a zobaczę, co Pan tym razem mi powie». 20 W nocy przyszedł Bóg do Balaama i rzekł mu: «Skoro mężowie ci przyszli, aby cię zabrać, wstań, a idź z nimi, lecz uczynisz tylko to, co ci powiem».21 Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. 22 Jego wyjazd rozpalił gniew Pana2 i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy.23 Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę.24 Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony.25 Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. 26 Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. 27 Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. 28 Wówczas otworzył Pan usta oślicy3, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» 29 Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!»30 Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» 31 Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. 32 Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna4. 33 Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». 34 Rzekł więc Balaam do anioła Pana: «Zgrzeszyłem. Nie wiedziałem, że ty stanąłeś przeciwko mnie na drodze. Teraz jednak, gdy wiem, że ci się droga moja nie podoba, chcę wracać». 35 Lecz anioł Pana rzekł do Balaama: «Idź z tymi mężami, ale nie mów nic innego ponad to, co ci powiem». Poszedł więc Balaam z książętami Balaka

Brzmi to jak dobry scenariusz filmowy, a to dopiero początek!!! Zobaczcie, co dzieje się dalej!

W trakcie lektury można się zatrzymać na niezrozumieniu czemu Bóg najpierw każe Balaamowi jechać z posłańcami, a potem wysyła anioła, żeby go zabił.

Ale można też się zachwycić.

Po pierwsze, łaską Boga, który przemawia do "obcego" proroka.

Po drugie, cudem mówiącego zwierzęcia, które próbuje ratować swego pana (prawdopodobnie od złych intencji, z którymi jechał do króla Moabu).

Po trzecie, odwagą Balaama mówiącego rzeczy, których Balak nie chciał słuchać. Mówiącego - po prostu - prawdę. 

Po czwarte, tym co się dzieje dalej. Bo nie dość, że Balaam nie chce przeklinać Izraela, to jeszcze (trzykrotnie!!!) go błogosławi.

Po piąte zaś tym, że Balaamowi udało się z całej tej historii ujść z życiem. Bo nawet dziś jest to ciężkie do uwierzenia, a wyobraźcie sobie teraz władcę absolutnego, który może zrobić zupełnie to co chce i słyszy takie rzeczy...

środa, 10 grudnia 2014
Siła nędzy.

[Jezus do s. Konsolaty; 15 grudnia 1935r.]

"(..) moje Serce bardziej podbijają wasze nędze niż cnoty. 
Kto wyszedł ze świątyni usprawiedliwiony? Celnik (por. Łk 18,10). Dzieje się tak dlatego, że wobec duszy pokornej i skruszonej moje Serce nie potrafi się powstrzymać. (..) Taki jestem!
Pamiętaj zawsze, że kocham cię i będę kochał do szaleństwa w każdym momencie oraz z powodu jakiejkolwiek twojej słabości, której nie chcesz, a jednak popełniasz.
Dlatego też nigdy, nigdy nie miej najmniejszej wątpliwości, że z powodu jakiejś jednej twojej niewierności Ja miałbym odstąpić od moich obietnic.

Nigdy - zgoda?
W przeciwnym razie zraniłabyś (..) wnętrze mego Serca.

(..) Pamiętaj, że tylko Jezus potrafi zrozumieć waszą słabość, On jedynie zna całą ludzką kruchość." 

środa, 24 września 2014
Drobne.

Blog robi się coraz bardziej konfesyjny, ale może taka jest kolej rzeczy...
Poza tym wciąż nie mam dobrej klawiatury, więc będzie mało tekstu, ale za to obrazek i film :)

Tym razem chcę się odnieść do ewangelii z ostatniej niedzieli, tej o dziwnym właścicielu winnicy...
Na fejsbukowym profilu sklepu Dayenu z katolickiem designem (polecam), pojawił się rysunkowy komentarz do tej przypowieści:

Z początku nie przypadł mi on do gustu, ale dziś, po kilku dniach, chyba go doceniłem...

Ale faktycznie jest w tym jakaś prawda.
Jeśli próbujemy po ludzku zrozumieć tę przypowieść, to jedyne wytłumaczenie dla zachowania gospodarza jest takie, że jest on po prostu nieskończenie bogaty i denar w tą czy w tamtą nie robi mu różnicy. On po prostu nie ma drobnych.

Jest zatem coś niesamowitego w uświadomieniu sobie, że ktoś taki jest moim ojcem i kocha mnie ponad wszystko...

 

A jeśli komuś taka forma komentarza nie odpowiada, to poniżej bardziej klasyczna:

niedziela, 14 września 2014
"Wywyższenie".

Dzisiejszy wpis będą w dużej mierze sponsorować różnego rodzaju odnośniki, ale dzisiejsze święto jest tego warte...

Na wstępie link do komentarza, który bardzo przypadł mi do gustu... Trudna jest ta mowa, ale warto ją pojąć lub przynajmniej próbować pojąć.

Drugi cytat pochodzi z wpisu Marka Jurka na Facebook:
„Kiedy Herakliusz opuszczał Konstantynopol, rozpoczynając długą wyprawę na terytorium nieprzyjacielskie, w kościele Mądrości Bożej zostało przed wymarszem odprawione uroczyste nabożeństwo, podczas którego cesarz modlił się o zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi Boga. A gdy na czele swojej armii udawał się do portu, dzierżył ikonę Chrystusa (…) Kiedy wrócił (…) podążał (…) nie do Hipodromu, który zwyczajowo był głównym miejscem uroczystości świeckich, ale do kościoła Mądrości Bożej. W drzwiach wielkiej świątyni witał zwycięskiego cesarza patriarcha Sergiusz, a potem wspólnie, cesarz i patriarcha, w akcie dziękczynienia legli krzyżem przed ikoną Najświętszej Panny. I dopiero po dopełnieniu celebracji religijnej Herakliusz (…) odbył wjazd do Hipodromu i ukazał się poddanym (…) w ciągu dziewięćdziesięciu lat, które upłynęły od zwycięskich wojen Justyniana do kampanii Herakliusza, zmieniły się akcenty. Ludzie (…) mniej oglądali się teraz na historyczną przeszłość Rzymu, ale raczej patrzyli w jego eschatologiczną przyszłość” (Robert Browning, Cesarstwo Bizantyńskie)

A poniżej fragment z "Komentarza historyczno-kulturowego do Nowego Testamentu" dotyczący dzisiejszej ewangelii:
„(3, 14-15) Słowo "wywyższyć" to kolejna gra słów: Jezus powraca do nieba przez krzyż, "wywyższony" jak wąż na pustyni, który przyniósł uzdrowienie Izraelitom.
(3, 16-18) Czasy użyte w greckim oryginale wskazują następujące znaczenie: "Oto jak Bóg umiłował świat - dał swojego Syna". Określenie "Syna swego Jednorodzonego" znaczy też "szczególnego, umiłowanego"; było ono często stosowane w literaturze żydowskiej w odniesieniu do Izaaka, by podkreślić ogrom ofiary Abrahama gotowego poświęcić jedynego syna. Życie wieczne to dosłownie "życie w przyszłym świecie". Użyty przez Jana czas teraźniejszy ("ma życie wieczne") wskazuje na to, że człowiek, który zaufał Jezusowi już teraz w jakiś sposób zaczął doświadczać nowego życia.”

Jeszcze lepszy jest fragment dotyczący początku tego rozdziału, ale jego przepiszę za kilka dni, jak tylko dorwę się do normalnej klawiatury ;) 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12