poniedziałek, 15 grudnia 2014
Oślica.

Dziś w pierwszym czytaniu mamy bardzo optymistyczny opis namiotów Izraela, chwalonego za swoje piękno przez proroka Balaama. Początkowo nieoczywisty związek z Adwentem wyjaśnia się pod koniec, kiedy prorok przewiduje nadejście Mesjasza. Muszę jednak przyznać, że sama osoba Balaama jeszcze godzinę temu była mi praktycznie nieznana, a okazuje się, że to bardzo barwna postać...

Przede wszystkim nie był to prorok izraelski. Przyjrzyjmy się dokładniej następującemu fragmentowi z Księgi Liczb:

2 [Król Moabu] Balak, syn Sippora, widział wszystko, co uczynił Izrael Amorytom. 3 Wtedy strach ogarnął Moab przed tym ludem, który był tak liczny, i lękał się Moab Izraelitów.4 Rzekł więc Moab do starszych spośród Madianitów: «Teraz to mnóstwo pożre wszystko wokół nas, jak wół żre trawę na polu». Wówczas królem Moabu był Balak, syn Sippora.5 On też wysłał posłów do Balaama1, syna Beora, do Petor nad Rzeką w kraju Ammawitów1, aby go zaprosili tymi słowami: «Oto lud, który wyszedł z Egiptu, okrył powierzchnię ziemi i osiadł naprzeciw mnie. 6 Przyjdź więc, proszę, i przeklnij mi ten lud, bo jest silniejszy ode mnie. Być może, uda się go pokonać i z kraju wypędzić. Wiem bowiem, że kogo ty błogosławisz, będzie błogosławiony, a kogo ty przeklniesz, będzie przeklęty». 7 Wybrali się więc starsi Moabitów wraz ze starszymi Madianitów w drogę, zaopatrzeni w dary dla wieszcza. Przybyli do Balaama i przekazali mu słowa Balaka. 8 On zaś im odpowiedział: «Pozostańcie tu na noc, a potem dam wam odpowiedź według tego, co mi Pan powie». Pozostali więc książęta Moabitów u Balaama.9 Przyszedł Bóg do Balaama i rzekł: «Cóż to za mężowie są u ciebie?»10 Balaam odpowiedział Bogu: «Balak, syn Sippora, król Moabitów, przysłał do mnie wiadomość: 11 Oto lud, który wyszedł z Egiptu, okrył powierzchnię ziemi. Przyjdź, a przeklnij ich, abym mógł z nimi walczyć i wypędzić ich». 12 Na to rzekł Bóg do Balaama: «Nie możesz iść z nimi i nie możesz tego ludu przeklinać, albowiem jest on błogosławiony». 13 Gdy powstał Balaam następnego poranka, rzekł do książąt Balaka: «Wracajcie do swego kraju, gdyż Pan nie dozwolił mi iść z wami». 14 Powstali wtedy książęta Moabu i przyszli do Balaka donosząc mu: «Nie zgodził się Balaam pójść z nami». 
15 Wtedy Balak posłał raz jeszcze książąt liczniejszych i bardziej dostojnych niż tamci. 16 Skoro oni przybyli do Balaama, rzekli mu: «Tak mówi Balak, syn Sippora: Nie wzbraniaj się przyjść do mnie.17 Wynagrodzę cię hojnie i wszystko uczynię, cokolwiek mi powiesz. Przyjdźże więc i przeklnij mi ten lud!»18 Balaam odpowiedział sługom Balaka tymi słowami: «Choćby mi Balak dawał tyle srebra i złota, ile pałac jego pomieści, to przecież nie mogę przekroczyć rozkazu Pana, Boga , zarówno w małych rzeczach, jak i wielkich. 19 Pozostańcie jednak przez noc, a zobaczę, co Pan tym razem mi powie». 20 W nocy przyszedł Bóg do Balaama i rzekł mu: «Skoro mężowie ci przyszli, aby cię zabrać, wstań, a idź z nimi, lecz uczynisz tylko to, co ci powiem».21 Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. 22 Jego wyjazd rozpalił gniew Pana2 i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy.23 Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę.24 Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony.25 Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. 26 Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. 27 Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. 28 Wówczas otworzył Pan usta oślicy3, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» 29 Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!»30 Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» 31 Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. 32 Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna4. 33 Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». 34 Rzekł więc Balaam do anioła Pana: «Zgrzeszyłem. Nie wiedziałem, że ty stanąłeś przeciwko mnie na drodze. Teraz jednak, gdy wiem, że ci się droga moja nie podoba, chcę wracać». 35 Lecz anioł Pana rzekł do Balaama: «Idź z tymi mężami, ale nie mów nic innego ponad to, co ci powiem». Poszedł więc Balaam z książętami Balaka

Brzmi to jak dobry scenariusz filmowy, a to dopiero początek!!! Zobaczcie, co dzieje się dalej!

W trakcie lektury można się zatrzymać na niezrozumieniu czemu Bóg najpierw każe Balaamowi jechać z posłańcami, a potem wysyła anioła, żeby go zabił.

Ale można też się zachwycić.

Po pierwsze, łaską Boga, który przemawia do "obcego" proroka.

Po drugie, cudem mówiącego zwierzęcia, które próbuje ratować swego pana (prawdopodobnie od złych intencji, z którymi jechał do króla Moabu).

Po trzecie, odwagą Balaama mówiącego rzeczy, których Balak nie chciał słuchać. Mówiącego - po prostu - prawdę. 

Po czwarte, tym co się dzieje dalej. Bo nie dość, że Balaam nie chce przeklinać Izraela, to jeszcze (trzykrotnie!!!) go błogosławi.

Po piąte zaś tym, że Balaamowi udało się z całej tej historii ujść z życiem. Bo nawet dziś jest to ciężkie do uwierzenia, a wyobraźcie sobie teraz władcę absolutnego, który może zrobić zupełnie to co chce i słyszy takie rzeczy...

środa, 10 grudnia 2014
Siła nędzy.

[Jezus do s. Konsolaty; 15 grudnia 1935r.]

"(..) moje Serce bardziej podbijają wasze nędze niż cnoty. 
Kto wyszedł ze świątyni usprawiedliwiony? Celnik (por. Łk 18,10). Dzieje się tak dlatego, że wobec duszy pokornej i skruszonej moje Serce nie potrafi się powstrzymać. (..) Taki jestem!
Pamiętaj zawsze, że kocham cię i będę kochał do szaleństwa w każdym momencie oraz z powodu jakiejkolwiek twojej słabości, której nie chcesz, a jednak popełniasz.
Dlatego też nigdy, nigdy nie miej najmniejszej wątpliwości, że z powodu jakiejś jednej twojej niewierności Ja miałbym odstąpić od moich obietnic.

Nigdy - zgoda?
W przeciwnym razie zraniłabyś (..) wnętrze mego Serca.

(..) Pamiętaj, że tylko Jezus potrafi zrozumieć waszą słabość, On jedynie zna całą ludzką kruchość." 

środa, 24 września 2014
Drobne.

Blog robi się coraz bardziej konfesyjny, ale może taka jest kolej rzeczy...
Poza tym wciąż nie mam dobrej klawiatury, więc będzie mało tekstu, ale za to obrazek i film :)

Tym razem chcę się odnieść do ewangelii z ostatniej niedzieli, tej o dziwnym właścicielu winnicy...
Na fejsbukowym profilu sklepu Dayenu z katolickiem designem (polecam), pojawił się rysunkowy komentarz do tej przypowieści:

Z początku nie przypadł mi on do gustu, ale dziś, po kilku dniach, chyba go doceniłem...

Ale faktycznie jest w tym jakaś prawda.
Jeśli próbujemy po ludzku zrozumieć tę przypowieść, to jedyne wytłumaczenie dla zachowania gospodarza jest takie, że jest on po prostu nieskończenie bogaty i denar w tą czy w tamtą nie robi mu różnicy. On po prostu nie ma drobnych.

Jest zatem coś niesamowitego w uświadomieniu sobie, że ktoś taki jest moim ojcem i kocha mnie ponad wszystko...

 

A jeśli komuś taka forma komentarza nie odpowiada, to poniżej bardziej klasyczna:

niedziela, 14 września 2014
"Wywyższenie".

Dzisiejszy wpis będą w dużej mierze sponsorować różnego rodzaju odnośniki, ale dzisiejsze święto jest tego warte...

Na wstępie link do komentarza, który bardzo przypadł mi do gustu... Trudna jest ta mowa, ale warto ją pojąć lub przynajmniej próbować pojąć.

Drugi cytat pochodzi z wpisu Marka Jurka na Facebook:
„Kiedy Herakliusz opuszczał Konstantynopol, rozpoczynając długą wyprawę na terytorium nieprzyjacielskie, w kościele Mądrości Bożej zostało przed wymarszem odprawione uroczyste nabożeństwo, podczas którego cesarz modlił się o zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi Boga. A gdy na czele swojej armii udawał się do portu, dzierżył ikonę Chrystusa (…) Kiedy wrócił (…) podążał (…) nie do Hipodromu, który zwyczajowo był głównym miejscem uroczystości świeckich, ale do kościoła Mądrości Bożej. W drzwiach wielkiej świątyni witał zwycięskiego cesarza patriarcha Sergiusz, a potem wspólnie, cesarz i patriarcha, w akcie dziękczynienia legli krzyżem przed ikoną Najświętszej Panny. I dopiero po dopełnieniu celebracji religijnej Herakliusz (…) odbył wjazd do Hipodromu i ukazał się poddanym (…) w ciągu dziewięćdziesięciu lat, które upłynęły od zwycięskich wojen Justyniana do kampanii Herakliusza, zmieniły się akcenty. Ludzie (…) mniej oglądali się teraz na historyczną przeszłość Rzymu, ale raczej patrzyli w jego eschatologiczną przyszłość” (Robert Browning, Cesarstwo Bizantyńskie)

A poniżej fragment z "Komentarza historyczno-kulturowego do Nowego Testamentu" dotyczący dzisiejszej ewangelii:
„(3, 14-15) Słowo "wywyższyć" to kolejna gra słów: Jezus powraca do nieba przez krzyż, "wywyższony" jak wąż na pustyni, który przyniósł uzdrowienie Izraelitom.
(3, 16-18) Czasy użyte w greckim oryginale wskazują następujące znaczenie: "Oto jak Bóg umiłował świat - dał swojego Syna". Określenie "Syna swego Jednorodzonego" znaczy też "szczególnego, umiłowanego"; było ono często stosowane w literaturze żydowskiej w odniesieniu do Izaaka, by podkreślić ogrom ofiary Abrahama gotowego poświęcić jedynego syna. Życie wieczne to dosłownie "życie w przyszłym świecie". Użyty przez Jana czas teraźniejszy ("ma życie wieczne") wskazuje na to, że człowiek, który zaufał Jezusowi już teraz w jakiś sposób zaczął doświadczać nowego życia.”

Jeszcze lepszy jest fragment dotyczący początku tego rozdziału, ale jego przepiszę za kilka dni, jak tylko dorwę się do normalnej klawiatury ;) 

piątek, 22 sierpnia 2014
Chlew.

To kolejny wpis z serii “inspirowane muzyką”, tym razem utworem Zaciera(*). Konkretnie Rękopisem znalezionym w chlewie z płyty Skazany na garnek. I tu spotkało mnie pewne zdziwienie: myślałem, że w Internecie jest wszystko, jak nie na YT, to przynajmniej na Wrzucie. A tu zonk… W związku z tym pozwolę sobie ten utwór wrzucić tutaj, zobaczymy czy ktoś się upomni.

Druga informacja jest taka, że - wbrew pozorom - ten wpis będzie bardzo konkretny, a dokładniej powiązany z moim życiem. Tak więc nawet jeśli uznacie moje skojarzenia za(**) naciągane, warto chyba doczytać do końca.

 

 

Rzeczony utwór w warstwie dosłownej jest opowieścią świni o imieniu Staszek żyjącej w tytułowym chlewie.

Skoro już ostrzegłem przed naciąganymi skojarzeniami, to zgodnie ze starym dowcipem(***) skojarzyło mi się to z Ewangelią, tym razem z przypowieścią o synu marnotrawnym. Ok, może faktycznie jedynym punktem wspólnym jest ten chlew i świnie(****), ale zostańcie ze mną jeszcze chwilę, żeby zobaczyć, gdzie chcę dojść.

 

Pozornie te dwa teksty nie mają ze sobą więcej wspólnego, bo Zacierowy Staszek zdaje się być bardzo szczęśliwy ze swojego stanu, natomiast syn marnotrawny “pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”.

Po pierwsze jednak biblijna historia jest bardzo skrótowa i nie jest wykluczone, że z początku on sam był zadowolony z takiego stanu rzeczy. W końcu w krainie, w której mieszkał “nastał ciężki głód” i miał prawo cieszyć się z jakiekolwiek pracy, a ponadto wydaje się, że trochę czasu upłynęło zanim syn marnotrawny “poszedł po rozum do głowy”.

Po drugie zaś - i ważniejsze - znając trochę twórczość Zaciera jest zupełnie jasne, że należy szukać drugiego dna. Mnie się wydaje wręcz, że ten utwór aż kipi od ironii i sarkazmu (choćby przy okazji “nowej ustawy o ochronie zwierząt”). Szczególnie jednak chcę się pochylić nad słowami, które padają na samym początku piosenki:

“Mama z ciocią pojechały na delegację i długo nie wracają”.

 

Jest chyba oczywiste gdzie “pojechały” te dwie świnie (lochy?) i że raczej już nie wrócą… To oczywiście nadaje całej historii bardzo dramatycznego charakteru. Mówiąc wprost: czy jakkolwiek świetne warunki bytowania w chlewie są w stanie zrekompensować fakt, że jedynym co czeka jego “mieszkańców” jest po prostu śmierć? Syn marnotrawny po jakimś czasie doszedł chyba do wniosku, że nie. I “wygrał”, można powiedzieć, wszystko.

 

 

Tyle mojej analizy tych dwóch tekstów. Teraz nastąpi zapowiadany wątek prywatny.

Dla mnie to wszystko co pisałem wcześniej jest o tyle ważne, że mam wrażenie, że właśnie jestem w takiej sytuacji. Zarówno syna marnotrawnego obniżającego swoje oczekiwania do strąków (i mającego prześwity chleba u ojca), jak i świni, która cieszy się pełnym brzuchem i czeka tylko na śmierć.

I wcale nie jest dla mnie oczywiste, że a) moje położenie jest na tyle słabe, że warto zrobić wszystko, żeby się z niego wyrwać oraz b) jaka droga prowadzi z powrotem do Ojca…

 

 

(*) Zacieru?

 

(**) jak zwykle?

 

(***) Siostra katechetka wzięła zastępstwo na lekcji biologii. Pyta dzieci:
- Co to jest: małe, rude i skacze po drzewach?
Zgłasza się Jasio:
- Wygląda mi to na wiewiórkę, ale jak znam siostrę to pewnie Pan Jezus.



(****) warto może przypomnieć, że dla Żydów świnie są zwierzętami nieczystymi, co jeszcze bardziej wzmacnia wymowę tej przypowieści

środa, 09 lipca 2014
Jarzmo.

Znów wpis trochę anachroniczny, bo dotyczący ewangelii z ostatniej niedzieli. Ale przecież Słowo Boże jest ponadczasowe ;)

Padają w niej słynne skądinąd słowa Jezusa “jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. Chciałem się podzielić spostrzeżeniem, które uczynił komentujący je w naszym kościele (nowy) proboszcz. Dało mi ono sporo do myślenia.


Otóż do tej pory moja recepcja tych słów była chyba dosyć standardowa.(*)

Że z jednej strony “jarzmo i brzemię” a z drugiej “słodkie i lekkie” to taki po prostu paradoks, z którym jakoś należy sobie intelektualnie poradzić i jakoś wytłumaczyć. No a sposobów na to poradzenie sobie jest takie mnóstwo, że w zasadzie żaden z nich nie jest lepszy od innych.

Tak chyba faktycznie jest jeśli chodzi o “brzemię”, czyli synonim wielkiego ciężaru, czegoś trudnego do uniesienia/zniesienia. Ale z jarzmem sprawa jest znacznie ciekawsza, warto choćby zajrzeć do Wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jarzmo

Już na załączonych obrazkach widać (i potwierdza to tekst), że jarzmo często występuje w wersji “dwuosobowej”. Dlaczego to jest istotne?


Ano dlatego, że w takim razie celem zakładania jarzma nie jest uprzykrzenie sobie życia, ale wręcz przeciwnie: rozłożenie ciężaru na dwoje. A to oznacza, że jeśli Jezus mówi “weźcie moje jarzmo”, to chyba nie znaczy “dołóżcie sobie roboty”, tylko “pozwólcie mi dzielić z Wami Wasz ciężar”.


(*) o ile standardem jest jakikolwiek namysł nad tą recepcją ;)

 

wtorek, 24 czerwca 2014
Inside joke.

Jeśli ktoś ma problemy z rozszyfrowaniem, niech kliknie.

środa, 11 czerwca 2014
Pasja, cz. III

Wielki Post skończył się jakiś czas temu, dopiero co zakończyliśmy okres wielkanocny, a ja wciąż siedzę z nosem w “Pasji”, bo:
a) nie mam dużo czasu na czytanie,
b) ale bardzo fajnie wpływa na moje życie duchowe. 

To prawda, że można mieć duże wątpliwości co do realności opisanych przez bł. Emmerich wydarzeń, ale mnie osobiście bardzo przekonuje całościowe przesłanie jej wizji. Dlatego z uporem maniaka będę ją tutaj promował.

Dzisiejszy fragment jest częścią “modlitwy w Ogrójcu”. Dopiero lektura jej opisu uświadomiła mi, że to wtedy miało miejsce niejako sedno Pasji Chrystusa. Kto wie, czy późniejsze fizyczne cierpienia miały dla Niego jakiekolwiek znaczenie w kontekście cierpień, które przeżył w takcie tej modlitwy.

Anna Katarzyna opisuje zatem bardzo dokładnie jak diabeł przekonuje Jezusa, że Jego poświęcenie nie ma sensu. Pokazuje (tak liczne przecież) przykłady marnowania owoców zbawienia. I przede wszystkim atakuje pokusą bezradności, podważa możliwość zmiany czegokolwiek na lepsze.

Mogłoby się wydawać, że taka pokusa będzie dla Mesjasza łatwa do odparcia. Ale “dramat Ogrójca” tkwi w tym, że Jezus niejako “zawiesza” na ten moment swoją Boską naturę i mierzy się z tym wszystkim tylko jako człowiek…

I wtedy, po tak trudnej — nie-ludzkiej  walce, dzieje się coś niesamowitego:
 

<<Jezus, powróciwszy do groty, rozpoczął na nowo modły. Przezwyciężył już odrazę Swej natury ludzkiej do mąk, ale znużony bardzo walką i strwożony, tak się modlił: „Ojcze Mój, jeśli jest wola Twoja, oddal ten kielich ode mnie, lecz nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie!".

Wtem rozstąpiła się przed Nim ziemia, w której głąb po smudze świetlistej wiodły schody do otchłani. W niej ukazali Mu się Adam, Ewa, wszyscy Patriarchowie i sprawiedliwi, rodzice Matki Jego i Jan Chrzciciel, a wszyscy czekali z utęsknieniem Jego przybycia i wyzwolenia ich. Serce Jego przeto, miłością gorejące, wzmocniło się i pokrzepiło tym widokiem, gdyż On to przecie miał tym duszom, tęskniącym za Niebem, otworzyć je przez Swą śmierć. On miał je wyprowadzić z więzienia tęsknoty do wiecznej szczęśliwości.

Po tych nieba dziedzicach Starego Zakonu, którym Jezus się przyjrzał z prawdziwym wzruszeniem, przeprowadzili przed Nim aniołowie orszak wszystkich przyszłych błogosławionych, którzy, łącząc swe walki duchowe z zasługami mąk Chrystusa, przez Niego mieli połączyć się z Ojcem niebieskim. Był to nieopisanie piękny, pokrzepiający na duchu widok, przywodzący Jezusowi na pamięć najskrytszą a niewyczerpaną moc zbawczą i uświęcającą czekającej Go śmierci odkupienia. 

Wszyscy chodzili przed Jezusem, podzieleni na grupy, stosownie do rodzaju i godności, strojni w cierpienia i dobre dzieła, dokonane za życia. Szli więc Apostołowie, uczniowie, dziewice i niewiasty, wszyscy męczennicy, pustelnicy i wyznawcy, papieże i biskupi, wszyscy przyszli zakonnicy i w ogóle wszyscy, którzy mieli być zbawieni. Przystrojeni byli oni w zwycięskie wieńce swych cierpień i umartwień; rozmaitość kwiatów w wieńcach, kształt tychże, barwa, zapach i siła wynikała z różności ich cierpień i walk zwycięskich za życia, w których zdobyli sobie chwałę niebieską. Lecz wszystko ich życie i działalność, całe znaczenie i siła ich walk i zwycięstw, cały blask i świetność ich tryumfu, opierały się jedynie na połączeniu ich zasług z zasługami Jezusa Chrystusa. 

Wszystkich członków tego tłumnego orszaku łączyło wzajemne oddziaływanie, jakaś łączność ścisła panowała między nimi, a wszyscy czerpali z jedynej krynicy życia, z Najśw. Sakramentu i męki Zbawiciela. Zjawisko to było dziwne i niewypowiedziane. Nic tam nie było przypadkowego; każda najdrobniejsza czynność, wygląd i strój, męczeństwo i zwycięstwo, wszystko na pozór tak różnorodne, łączyło się w jedną nieskończoną harmonię, w jeden zgodny akord. A jedność ta wszystkich najróżnorodniejszych rzeczy wypływała z barwnych promieni świetlnych jedynego słońca, z męki Chrystusa Pana, wcielonego Słowa, w którym jest życie, a życie jest światłem ludzi — świecącym w ciemnościach, które nie mogą Go ogarnąć.>>

Jak widać po wytłuszczeniu, najbardziej porusza mnie ta wizja “zgodnego współdziałania” członków Kościoła. Z jednej strony dlatego, że strasznie mi tego brakuje (czasem nie mogę patrzeć na świat wokół mnie), a z drugiej dlatego, że kiedyś podobny obraz i mnie przyszedł do głowy. Kościół jako zbiór kompletnie różnych ludzi - różnych głosów - które (dopiero!) wspólnie tworzą nową, niesamowitą jakość - melodię “na głosy”...

 

wtorek, 13 maja 2014
(Jeszcze) pikantniejszy dowcip.

Ponieważ uznałem, że najlepszym elementem ostatniego wpisu był dowcip, dziś będzie tylko dowcip.

Pewien prawowierny żyd odwiedził Watykan i po powrocie ze swojej podróży postanowił się ochrzcić. Wszyscy jego znajomi bardzo się temu dziwili, pytali skąd ta decyzja; czy może tak go Watykan zachwycił, a może był pod wrażeniem sprawności działania Państwa Kościelnego lub Kurii Rzymskiej. Na to nowo ochrzczony powiedział krótko:
- Wręcz przeciwnie. Tam jest taki bałagan, że gdyby to nie było od Boga, to już dawno by się rozwaliło...

 

(jeśli komuś brakuje pikanterii, to niech zamieni sobie "bałagan" i "rozwaliło" na słowa mniej cenzuralne) 

niedziela, 11 maja 2014
Uwaga, pikantny dowcip.

Dziś bez muzyki, będzie za to na koniec dowcip :)

Byłem dziś w kościele na Mszy. Pierwsza Komunia Święta(*). Jednym słowem - masakra.

Wybaczcie, ale to co napiszę teraz będzie bardzo subiektywne i niezniuansowane. Ale naprawdę mam przy takich “uroczystościach” wrażenie, że 99% uczestników bierze w nich udział z takiego lub innego przymusu. Dlatego tak irytuje mnie przepych tych wydarzeń(**). I dlatego dziś już jakoś nie mogłem wytrzymać i trochę podświadomie uciekłem z wnętrza kościoła do przedsionka.

A na zewnątrz oczywiście “drugi obieg eklezjalny”, przynajmniej nie ma udawania, że coś próbujemy “przeżywać”. Jest za to podtrzymywanie relacji z innymi uczestnikami. I dobrze. Ale jakoś szkoda.

Można by wybrać większe dobro, a wybiera się mniejsze.


Przypomniał mi się przy tej okazji dowcip. Można go opowiadać mniej lub bardziej cenzuralnie, ja spróbuję stworzyć wersję jakoś kompromisową… Dowcip właśnie o priorytetach.


Rzecz dzieje się w pociągu, w jednym przedziale siedzi ksiądz i informatyk.

Z początku nikt się do nikogo nie odzywa, ksiądz pogrążył się w brewiarzu, a informatyk - jak to informatyk - siedzi przed komputerem. Nagle ciszę przerywa ksiądz i proponuje wspólną wizytę w Warsie. Informatyk odmawia, tłumaczy, że ma jutro ważne spotkanie i sporo pracy. Ksiądz zatem wybiera się sam.

Po powrocie nieśmiało proponuje alkohol. Informatyk mówi, że na jutrzejszym spotkaniu ma prezentację i musi być w dobrej formie. Ksiądz zatem próbuje z innej strony:

- Drogi panie, wracając z Warsa zauważyłem, że w przedziale obok siedzą dwie niezwykle urocze damy. Może byśmy je na chwilkę odwiedzili?

Informatyk po raz kolejny odmawia, mówi, że teraz naprawdę nie może, musi się skupić na przygotowaniu tej jutrzejszej prezentacji i nie chce się niczym rozpraszać. A poza tym, to ma żonę.

Po kilku godzinach ksiądz wraca do przedziału. Informatyk kończy pracę, zamyka komputer i rzuca:

- No ale niech ksiądz powie, czy ja źle żyję?

Ksiądz na to:

- Dobrze. Ale niepotrzebnie.


(*) w zasadzie nie mam pewności, że pisze się dużą literą, małpuję za Wikipedią


(**) wydawałoby się, że powinienem popierać chociażby elegancki strój, ale jak widzę kogoś kto aż tak się nie “odwalił”, to przynajmniej mam poczucie, że nie próbował na siłę wejść w konwenans


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11