piątek, 03 lipca 2015
Tomasz.

Dziś będzie o moim ulubionym świętym.
Mało o nim wiemy i myślę, że miałby w dzisiejszym Kościele problemy.

Występuje on w Biblii dokładnie trzy razy. Choć najbardziej znany jest ten trzeci raz, od którego Tomasz zyskał bezsensowny przydomek "niewierny", zacznijmy od początku.

Pierwszy raz spotykamy Tomasza w J 11. Od razu poznajemy jego charakter. Jezus chce iść do Jerozolimy, mimo że tam czyhają na Jego życie. Co na to Tomasz? "Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć". Odwagi mu odmówić nie można.

Za drugim razem Tomasz, w jakimś sensie, sprzeciwia się Jezusowi. Mistrz mówi: "Znacie drogę, dokąd Ja idę". Tomasz zaś odpowiada: "Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?". Wydaje mi się, że wyraża po prostu to, co wszyscy czuli. Kompletne niezrozumienie tego, co mówi ich Nauczyciel.

Zaś na koniec jak każdy wie, Tomasz włożył Jezusowi rękę w bok. Nawet mamy z tego wydarzenia zrobione zdjęcie, o tu:

Tomasz

Szkoda tylko, że nigdzie nie jest napisane, że Tomasz rzeczywiście to zrobił. Na pewno chciał. Ale niektórzy uważają, że sam widok Jezusa wystarczył do słynnego wyznania: "Pan mój i Bóg mój!".


Jaka z tego wszystkiego dla nas nauka?
Co prawda "proszę nie czekać na nauki, tezy i wnioski", ale chciałbym się podzielić jedną myślą.

Święty Tomasz raczej nie miałby dzisiaj szans zostać biskupem. Nie wiem czy dostałby chociażby święcenia kapłańskie.
Owszem, "zwykły" wierny może mieć wątpliwości, może chcieć "włożyć palec w miejsce gwoździ", ale czy przystoi to księdzu?

A tymczasem Tomasz był apostołem. I jest świętym.

poniedziałek, 29 czerwca 2015
Witraż.

Dziś uroczystość świętych: Piotra i Pawła. Święto Kościoła.

Na kazaniu usłyszałem ciekawe porównanie tej wspólnoty do witraża. Z zewnątrz często niezbyt atrakcyjny, swoje piękno objawia dopiero, gdy się wejdzie do środka.
Podoba mi się to porównanie z dwóch powodów.

Po pierwsze, dowartościowuje ludzki wysiłek. Witraże są różne, niektóre brzydsze, niektóre ładniejsze. Warto sobie jednak uświadomić jak trudno jest taki witraż zrobić (mam wujka, który się tym zajmuje). Co zrobić jeśli witraż nam się nie podoba? Można przebudować, ale to naprawdę olbrzymie przedsięwzięcie. Niektórym czasem wydaje się, że wystarczy tylko zmienić jakieś jedno szkiełko albo dwa (w kontekście Kościoła byłoby to np. przykazanie, które nam nie odpowiada), ale każdy kto ma szersze spojrzenie widzi, że zaszkodziłoby to tylko całości.

Z drugiej strony, ta analogia podkreśla znaczenie tego, co w Kościele jest najważniejsze. Czyli Boga.
Bo jakby pięknego witrażu nie zbudować, jeśli nie będzie światła, to taki witraż nie ma absolutnie żadnego sensu.

sobota, 16 maja 2015
Trudne decyzje.

Tydzień temu cała Polska (a przynajmniej moja najbliższa okolica) żyła pierwszą turą wyborów prezydenckich. Jej wynik był dla wielu osób zaskoczeniem.
Nie jest jednak zaskoczeniem skład drugiej tury. Duża część społeczeństwa (oceniam, że ponad połowa) uznaje ten wybór za decyzje między dżumą a cholerą. Ja również. Nasz dramat polega na tym, że coś wybrać musimy. Tertium non datur. Na którąś z tych chorób zachorujemy.

Przy tej okazji duża część obywateli rezygnuje z uczestnictwa w wyborach. Motywacje mają różne, ale jedną z nich jest myślenie na zasadzie: "i tak nic się nie zmieni". To akurat wierutna bzdura i nie chodzi tylko o straszenie się nawzajem tym, co się stanie, jak kontrkandydat dojdzie do władzy. To są różni kandydaci, choćby dlatego, że stoją za nimi różne partie.

Tak jak wspomniałem, osobiście jestem sceptyczny do obu opcji politycznych reprezentowanych w drugiej turze wyborów prezydenckich, ale wiem już na kogo będę głosował. Nie chcę tu uprawiać taniej (ani drogiej) propagandy, ale chcę napisać, jak widzę oferowane nam opcje choroby.

1. Komorowski.
W Internecie powstał zwięzły opis tego kandydata "chujowo, ale stabilnie". Czuję, że jest w tym jakaś prawda, ale patrząc na to z innej strony, może to być stabilność w rodzaju zamiatania pod dywan trudności, które prędzej czy później muszą nas dopaść.

2. Duda.
W kontekście tego co napisałem wcześniej, należałoby ukuć hasło: "chujowo i niestabilnie". Jeszcze pamiętam jak PiS nie radził sobie po dojściu do władzy, nawet jeśli - wg mnie - motywacje mieli dobre. Teraz może być podobnie.

Panuje dosyć powszechne przekonanie, że dla katolika lepszym kandydatem jest reprezentant Prawa i Sprawiedliwości. Pogląd ten zdaje się wyznawać nawet Grzegorz Braun. Ja nie jestem co do tego przekonany.

Nie jest dla mnie również jasne, czy wspomniana przez p. Brauna zasada: "im gorzej, tym lepiej"  nie ma przypadkiem zastosowania w naszej obecnej sytuacji politycznej. Faktem jest, że świetnie ona działa w przypadku Kościoła. Może zatem mogłaby jakoś zadziałać również w przypadku wspólnoty świeckiej? Szczególnie w sytuacji, która wymaga radykalnych (a nie powierzchownych) zmian systemowych?
Nie wiem.

Ale wiem, że za tydzień zagłosuję na Andrzeja Dudę. 

sobota, 18 kwietnia 2015
Nikodem.

W mijającym tygodniu czytaliśmy w ewangeliach o wizycie Nikodema u Jezusa.
Myślę, że ta historia broni się sama, ale okazuje się, że ma jeszcze ciekawszy kontekst historyczno-kulturowy. Dawno temu obiecałem go opisać, więc pora dotrzymać słowa. Jak zwykle, na podstawie tej książki.

(J 3,2) Ludzie przychodzili do innych nocą, aby nikt tego nie zauważył; tutaj być może dlatego, że żydowscy nauczyciele pracowali w dzień i mogli studiować Prawo jedynie nocami (por. Ps 119,148; druga z ewentualności zapewne nie zachodziła w przypadku Nikodema, który nie musiał pracować - w. 1). Jan dodaje ten szczegół, ponieważ pasuje do jego motywu światłości i ciemności (J 11, 10, 13, 30), który tworzy ramy tej narracji (J 3, 19-21).

(J 3,3-4.) Jezus mówi dosłownie o narodzeniu "z góry" (użyty tu grecki termin można tłumaczyć "z góry" albo "powtórnie"), co oznacza "z Boga" (zwrot "z góry" był pośrednim sposobem wskazania na Boga, często stosowanym przez Żydów). Można go też rozumieć jako "narodzić się powtórnie", co Nikodem odczytuje dosłownie. (Starożytni pisarze, w tym autorzy ksiąg Starego Testamentu - Jr 11,11-12; Mi 1,10-15 - często posługiwali się grą słów; czasami pisarze antyczni posługiwali się drugoplanowymi bohaterami swoich narracji jako postaciami mniej inteligentnymi i tworzącymi tło dla głównych bohaterów.) Ponieważ nauczyciele żydowscy powiadali, że poganie nawróceni na judaizm zaczynali życie od nowa jak "nowo narodzone niemowlęta" (podobnie jak adoptowani synowie w prawie rzymskim, którzy tracili dawny status prawny związany z przynależnością do poprzedniej rodziny gdy stawali się członkami nowej), Nikodem powinien był wiedzieć, że Jezusowi chodzi o nawrócenie. Nigdy jednak nie przyszło mu do głowy, że Żyd potrzebuje nawrócenia na prawdziwą wiarę Izraela.

(J 3,5). Ludzie nawracający się na judaizm byli nazywani "nowo narodzonymi dziećmi" kiedy przyjęli chrzest mający na celu usunięcie pogańskiej nieczystości. "Narodzenie z wody" mogło więc dodatkowo wyjaśnić Nikodemowi, że "narodzenie z góry" oznacza nawrócenie, nie zaś powtórne narodziny w sensie fizycznym. Grecki tekst J 3,5 może znaczyć albo "z wody i z ducha" albo "z wody, to znaczy z Ducha". W Ez 36,24-27 woda została użyta w sensie symbolicznym na oznaczenie oczyszczenia dokonanego przez Ducha, co w ustach Jezusa mogło oznaczać "nawrócić się z Ducha" (por. J 7,37-39), w nawiązaniu do duchowego chrztu prozelitów. Podczas gdy żydowscy nauczyciele mówili o nawróconych na judaizm jako "nowo narodzonych" jedynie w tym znaczeniu, że zrywali oni dawne związki, prawdziwe powtórne narodzenie z Ducha miało stwarzać nowe serce (Ez 36,26).

niedziela, 22 marca 2015
Cisza.



w ciszy słychać głos sumienia

Kolejny wpis "muzyczny", choć jak zwykle nie o wartości estetyczne chodzi.

w ciszy słychać oddech duszy

Nie o tekst sam w sobie również. Nie mnie oceniać jego walory poetyckie.

w ciszy słychać jaka jestem mała brudna grzeszna goła

Chodzi o ciszę. Jak wiecie, już na jej temat trochę kiedyś pisałem.

cisza wcale nie jest cicha

Niewiele się od tego czasu zmieniło.

cisza wcale nie jest głucha

Wciąż cisza napełnia mnie autentycznym przerażeniem.

cisza krzykiem odpowiada każdej myśli której słucha

Zostanie sam na sam ze swoimi myślami jest dla mnie praktycznie niewykonalne.

święty spokój ucisz ciszę

Dużo łatwiej jest spróbować tę ciszę zagłuszyć, czymkolwiek.

święty spokój zagłusz głuszę

Tylko problem jest taki, że to w nieskończoność zagłuszać się nie da.

święty spokój uduś duszę

I koszty tego zagłuszania bardzo duże są...

święty spokój święty spokój

sobota, 21 marca 2015
Martwica.

Ostatnia notka dotyczyła wielu spraw, ale między innymi ważnego dla mnie listu św. Jakuba. Jest w niej jeszcze jeden tekst, skądinąd bardzo znany:

"Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie."

Cytat ten jest słynny chociażby ze względu na trwającą do dziś dyskusję między katolikami a protestantami o usprawiedliwieniu. Tylko że ja zupełnie, ale to zupełnie nie o tym chcę dzisiaj pisać...

Najczęściej ten cytat rozumiemy chyba jako właśnie taki przytyk: jeśli nie widać po tobie, że jesteś wierzący, to czy aby na pewno wierzysz? Pomijając już nawet dyskusję o tym co w zasadzie miałoby znaczyć to "widać po tobie", takie podejście łatwo może się zamienić, a może wręcz po prostu jest, przejawem skrupulanctwa(*). Mnie ta deformacja sumienia jest niestety jakoś tam bliska, ale chyba każdemu wierzącemu czasem przychodzą do głowy takie myśli: czy ja aby na pewno wierzę? A może tylko tak mi się wydaje?!?

Ale znów, to nie o tym chcę dzisiaj pisać...

Chcę mianowicie nawiązać do tego poprzedniego wpisu, który przede wszystkim tyczył się rozpoczynającego się wtedy okresu Wielkiego Postu. Jak każdy porządny(**) katolik, bardzo poważnie podszedłem do tego tematu, wybrałem sobie umartwienie i rozważałem jak to wspaniale uda mi się "wyćwiczyć duchowo", może nawet zasłużę na koniec na jakąś laurkę i uścisk dłoni prezesa?

A Pan Bóg... Jak to Pan Bóg... Rozwalił to wszystko w drobny mak.

I znowu, nie o tym rozwalaniu chcę pisać. Kto coś takiego przeżył, ten wie. Kto nie przeżył, raczej nie zrozumie.

Chcę napisać o tym, że ta rozwałka nauczyła mnie (co najmniej) jednego.
Że ta "skrupulancka" interpretacja św. Jakuba jest fałszywa. Że można wierzyć i nie czynić - nie mieć siły czynić - dobrych uczynków.
Ale zrozumiałem również, że to nijak nie przeczy temu cytatowi. Bo taka wiara, mimo że jakoś tam istnieje, naprawdę jest martwa. I człowiek z taką wiarą czuje się - po prostu - jak trup.

(*) http://pl.wikipedia.org/wiki/Skrupulatyzm

(**) przynajmniej w swoich oczach

niedziela, 22 lutego 2015
Uczynki pokutne.

Zaczęliśmy Wielki Post. Wśród wielu wspaniałych czytań, jakie w tym czasie daje nam Kościół, najmocniej dotyka mnie chyba zawsze:

Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie - czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem!


Można mieć wątpliwości czy to, co jest w nim opisane, naprawdę powinno nazywać się postem. Czy to raczej nie jakiś rodzaj dobroczynności?
Najwyraźniej w Bożej perspektywie nie. (*)

Kościół w kontekście czasu Wielkiego Postu wspomina o trzech Jego aspektach, zwanych uczynkami pokutnymi. Są to: modlitwa, post i jałmużna. O modlitwie nie chcę tutaj pisać, poza tym, że bez niej nie ma mowy o żadnym życiu duchowym. (**)

Post i jałmużna to niejako dwie strony tego, co czasem nazywamy wyrzeczeniami wielkopostnymi. Strona negatywna to odmówienie sobie jakiegoś dobra. Strona pozytywna to zrobienie w miejsce tego czegoś innego.
I tak przykładowo ja ograniczam swoją działalność na fejsbuku, a zaoszczędzony dzięki temu czas przeznaczam na to, na co często mi go brakuje, np. na rodzinę.

Jeszcze jeden fragment Biblii wydaje mi się przy tej okazji wart zacytowania. Tym razem z mojego ulubionego chyba listu, św. Jakuba:

Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy [sama] wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: "Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!" - a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała - to na co się to przyda?


Ostatnio widziałem pewien ilustrujący go film:


Bardzo mnie poruszył, choć (a może dlatego, że?) ja generalnie łatwo się nie wzruszam.
Wydaje mi się poza tym, że istnieje również taki stereotyp, że osoby o poglądach konserwatywnych nie są wrażliwe na potrzeby innych.
Powyższy cytat ze św. Jakuba jasno pokazuje, że nie może to być prawda, ale wiadomo, że to co jest napisane w Piśmie Świętym to "tylko" ideał, od którego każdy z nas jest nieskończenie daleko...

Myślę jednak, że można i trzeba o tym ideale przypominać nieustannie.
Bo naprawdę, niezależnie od naszych poglądów politycznych i ekonomicznych, istnienie osób ubogich obok nas powinno być dla nas wielkim wstydem.

(*) Boża perspektywa na dobroczynność może być w ogóle ciekawa: http://szymonholownia.com/duchowosc-a-most-lazienkowski/

(**) Bardzo przy tej okazji polecam: http://www.przyjacielemm.pl/index.php/on-line

środa, 28 stycznia 2015
Ofiara czy zaufanie?

Dawno już nie było tu Biblii ;)
No więc to jest tak, że wziąłem udział w pewnym fejsbukowym wydarzeniu i dostałem wczoraj taką wiadomość:
https://www.facebook.com/events/657378571040228/permalink/675998312511587/

Tekst zupełnie klasyczny, analizowany przez sto tysięcy osób na setki różnych sposobów. Podstawowy, jeśli się nie mylę, w judaizmie(*). Dla katolików niezwykle ważny ze względu na analogie między Izaakiem a Chrystusem.

Czytając ten fragment na ogół skupiamy się na postaci Abrahama. Nic w tym dziwnego, bo przecież jego zachowanie jest - po ludzku - nie do pojęcia. Najpierw sto lat czekał na syna, żeby potem go zabić? Jedynego syna, którego dała mu stuletnia Sara? Czy liczył na to, że Bóg jeszcze raz uczyni ten cud? Jeśli tak, to zaiste wielka musiała być jego wiara...
A może po prostu nie myślał o tym za dużo. Z komentarza, który jest pod tym tekstem z Księgi Rodzaju wynika, że Abraham wiedział, że inni bogowie "tak mają", że życzą sobie ofiary z pierworodnych dzieci. To było dla niego *normalne*. Więc może to, co naprawdę zaskoczyło Abrahama to reakcja Boga, który w ostatniej chwili zrezygnował z tego, co Mu się należało.

Warto jednak spojrzeć jeszcze na całą scenę oczami Izaaka.
Takiej perspektywy nie słyszałem chyba nigdy na żadnym kazaniu, rekolekcjach ani konferencji (a było ich trochę...). Nie mój to jednak pomysł, lecz "ukradziony" z następującego bloga: http://flp2komma1-11.blogspot.com/2015/01/thanks-to-proconvertable-one-dzieki-j.html
Niewątpliwie jest to bardzo cenne spojrzenie, bo chyba częściej jest nam bliżej do bycia Izaakiem niż Abrahamem. Tak mi się przynajmniej wydaje.

A jak wydaje się Tobie? Jakie jest Twoje serce? Gotowe poświęcić wszystko? Czy zalęknione i oczekujące śmierci, choć ufające?
Wydaje mi się, że to istotne pytania...

Oczywiście odpowiedź nie musi być (i chyba rzadko jest) zero-jedynkowa. Ja dostrzegam w sobie obie postawy. Może taka jest istota ofiary?


I jeszcze jedna krótka myśl na koniec:
"Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach."
Jak często Bóg zaskakuje nas prostym rozwiązaniem problemu, z którym sami kompletnie nie potrafimy sobie dać rady... Wystarczy "tylko" spojrzeć poza siebie...

(*) czyżby też dla muzułmanów?

wtorek, 06 stycznia 2015
Siła ciszy i spokoju.

W zeszłym roku na ŚBN był tu wpis może odrobinę nihilistyczny, tym razem będzie przepełniony wartościami.


Moi znajomi wiedzą, że w Adwencie bardzo poruszył mnie pewien film:

 


Jak większość TEDów, trwa 15 minut. Aż? Tylko?
U mnie w każdym razie z początku wywołał sprzeczne emocje: z jednej strony duże zainteresowanie, ale z drugiej dużą niecierpliwość. Zarówno treść jak i forma bardzo mnie zaintrygowały, ale - na mój gust - film był zbyt mało dynamiczny, narracja zbyt powolna.
Potem uświadomiłem sobie, że przecież właśnie o tym problemie mówił prelegent. Nie wiem czy użył tej "powolności" świadomie czy nie, ale u mnie idealnie obnażył problem "przebodźcowania". Nie umiem już niczego robić wolno i wszystko "optymalizuję czasowo". Co gorsza wiem, że nie jest to dla mnie dobre - Pico w swoim wykładzie tylko mi o tym przypomniał i ładnie streścił problem - ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić.

Wszystko to może nie wywołałoby u mnie tak dużej reakcji, gdyby nie to, że kiedy go oglądałem, byliśmy jeszcze w okresie adwentu, czasu radosnego - a jakże! - ale jednak oczekiwania.
Jest w tym jakiś paradoks(*), że jednocześnie jest to często czas wzmożonej aktywności: zamyka się rok finansowy, kończy różne projekty, a w różnego rodzaju szkołach pisze różnego rodzaju sprawdziany (co daje dużo zajęcia zarówno uczonym jak i uczącym). No i oczywiście prezenty. I oczywiście porządki świąteczne. Każdy wie.

I w tym wszystkim po prostu często nie mamy czasu oczekiwać. Sprowadzamy je do absolutnego minimum, np. poprzestajemy na - często kiepskich - rekolekcjach parafialnych. Już to uznajemy za tak wielkie poświęcenie, że czasem nawet nie zakładamy, że będziemy uczestniczyć w całości ("ze dwa razy wypadałoby pójść" - to cytat jak najbardziej autentyczny).

Dlatego właśnie ten wpis publikuję dopiero teraz.
Jest 6 stycznia. Wszystko pozamykane. Wiem, że niektórych to irytuje.
Ale nie ma żadnej wymówki, żeby nie poświęcić 15 minut na obejrzenie tego TEDa, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś.
A jeśli zrobiłeś, to nie ma żadnej wymówki, żeby nie poświęcić dziś (najlepiej teraz!) paru minut na "bezczynność".
To nieważne jak przeżyłeś Adwent.
To nieważne czy jesteś chrześcijaninem, katolikiem. (choć katolicy właśnie dziś mają szczególną motywację do modlitwy kontemplacyjnej i medytacyjnej)
To nieważne, czy wierzysz w Boga czy jakąkolwiek inną transcendencję.
Zrób to po prostu dla siebie.

(*) może diabelski paradoks?

sobota, 03 stycznia 2015
Nie bójcie się

Ten tytuł mógł brzmieć "Nie lękajcie się", ale specjalnie go nie wybrałem, żeby nie kojarzyło się z Biblią. Bo tym razem nie jest to cytat z Niej(*), tylko tłumaczenie zwrotu "Fear not!" użytego w poniższym filmie:

 


Nie chciałem go oglądać.
Tytuł mnie odstręczał, pomyślałem, że to kolejny nudny opis życia astronauty.
Co gorsza, początek zdawał się trochę potwierdzać tę tezę.

Dopiero później dowiedziałem się skąd wziął się tytuł tej prelekcji. A jest to ważne i warto to wiedzieć przed obejrzeniem. Za Wikipedią:

"During his first spacewalk Hadfield experienced severe eye irritation due to the anti-fog solution used to polish his spacesuit visor, temporarily blinding him and forcing him to vent oxygen into space."

Widać zatem, że człowiek ma o czym opowiadać :)
Jest on również znany z dość słynnego coveru piosenki Davida Bowiego...
Okazuje się też, że ma dosyć rozwinięte poczucie humoru.

Chris jednak zdecydował się nie tylko opowiedzieć o swoich doświadczeniach.
Są one jedynie pretekstem do głębszych rozważań na temat natury ludzkiej.
Tytuł tego wpisu sugeruje, że dla mnie najważniejszym elementem jego wykładu są rozważania na temat strachu. Chris bardzo ładnie tłumaczy różnice między strachem a zagrożeniem, więc nie ma sensu, żebym to powtarzał.

Jest za to chyba sens wrócić do tematu Biblii, od którego odżegnywałem się na początku.
Jak wiadomo słowa "nie lękajcie się" w różnych wersjach pojawiają się tam wiele razy. Ktoś podobno policzył, że dokładnie 365 razy, czyli jakby na każdy dzień. Często przy okazji przywoływania tych słów słuchamy również o Bożej Opatrzności, potrzebie zaufania i tego typu "farmazonach". Bardzo to pobożne, ale czy mądre? Nie wiem...

Wiem natomiast, że kiedy Chris mówi "Fear not!", to ja mam przed sobą w wyobraźni Jezusa, który mówi to samo. I wydaje mi się, że nie mówi to po to, żeby mnie pogłaskać po główce i powtórzyć banalne "wszystkie będzie dobrze". Nie sądzę.

Ten Jezus, którego ja widzę, mówi mi: nie bój się, bo nie warto. Nie bój się, bo każdy lęk pochodzi od Złego. Nie lękaj się, bo to uczucie nie przyniesie w Twoim życiu nic pozytywnego. Może najwyżej Cię sparaliżować, powstrzymać przed zrobieniem czegoś naprawdę wspaniałego.
W tym momencie ten Jezus z powrotem ma twarz Chrisa, który wprost mówi, że gdyby się bał, to nie zrobiłby i nie widziałby tylu pięknych rzeczy w swoim życiu.

I to wcale nie jest tak, że żeby przestać się bać trzeba mieć jakąś bardzo wyrafinowaną motywację, pewnie najlepiej religijną. Wcale nie: prawdopodobnie Chris byłby co najmniej zaskoczony moją interpretacją swojego wykładu. Sam ani słowem nie wspomniał o religii. Za to bardzo przekonywająco opowiada o marzeniach dziewięcioletniego chłopca.

Zatem: nie bójmy się. Nie warto.

(*) nie jest to również nazwa żadnej fundacji ani hasło żadnego marszu...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12