środa, 09 lipca 2014
Jarzmo.

Znów wpis trochę anachroniczny, bo dotyczący ewangelii z ostatniej niedzieli. Ale przecież Słowo Boże jest ponadczasowe ;)

Padają w niej słynne skądinąd słowa Jezusa “jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. Chciałem się podzielić spostrzeżeniem, które uczynił komentujący je w naszym kościele (nowy) proboszcz. Dało mi ono sporo do myślenia.


Otóż do tej pory moja recepcja tych słów była chyba dosyć standardowa.(*)

Że z jednej strony “jarzmo i brzemię” a z drugiej “słodkie i lekkie” to taki po prostu paradoks, z którym jakoś należy sobie intelektualnie poradzić i jakoś wytłumaczyć. No a sposobów na to poradzenie sobie jest takie mnóstwo, że w zasadzie żaden z nich nie jest lepszy od innych.

Tak chyba faktycznie jest jeśli chodzi o “brzemię”, czyli synonim wielkiego ciężaru, czegoś trudnego do uniesienia/zniesienia. Ale z jarzmem sprawa jest znacznie ciekawsza, warto choćby zajrzeć do Wikipedii:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jarzmo

Już na załączonych obrazkach widać (i potwierdza to tekst), że jarzmo często występuje w wersji “dwuosobowej”. Dlaczego to jest istotne?


Ano dlatego, że w takim razie celem zakładania jarzma nie jest uprzykrzenie sobie życia, ale wręcz przeciwnie: rozłożenie ciężaru na dwoje. A to oznacza, że jeśli Jezus mówi “weźcie moje jarzmo”, to chyba nie znaczy “dołóżcie sobie roboty”, tylko “pozwólcie mi dzielić z Wami Wasz ciężar”.


(*) o ile standardem jest jakikolwiek namysł nad tą recepcją ;)

 

wtorek, 24 czerwca 2014
Inside joke.

Jeśli ktoś ma problemy z rozszyfrowaniem, niech kliknie.

środa, 11 czerwca 2014
Pasja, cz. III

Wielki Post skończył się jakiś czas temu, dopiero co zakończyliśmy okres wielkanocny, a ja wciąż siedzę z nosem w “Pasji”, bo:
a) nie mam dużo czasu na czytanie,
b) ale bardzo fajnie wpływa na moje życie duchowe. 

To prawda, że można mieć duże wątpliwości co do realności opisanych przez bł. Emmerich wydarzeń, ale mnie osobiście bardzo przekonuje całościowe przesłanie jej wizji. Dlatego z uporem maniaka będę ją tutaj promował.

Dzisiejszy fragment jest częścią “modlitwy w Ogrójcu”. Dopiero lektura jej opisu uświadomiła mi, że to wtedy miało miejsce niejako sedno Pasji Chrystusa. Kto wie, czy późniejsze fizyczne cierpienia miały dla Niego jakiekolwiek znaczenie w kontekście cierpień, które przeżył w takcie tej modlitwy.

Anna Katarzyna opisuje zatem bardzo dokładnie jak diabeł przekonuje Jezusa, że Jego poświęcenie nie ma sensu. Pokazuje (tak liczne przecież) przykłady marnowania owoców zbawienia. I przede wszystkim atakuje pokusą bezradności, podważa możliwość zmiany czegokolwiek na lepsze.

Mogłoby się wydawać, że taka pokusa będzie dla Mesjasza łatwa do odparcia. Ale “dramat Ogrójca” tkwi w tym, że Jezus niejako “zawiesza” na ten moment swoją Boską naturę i mierzy się z tym wszystkim tylko jako człowiek…

I wtedy, po tak trudnej — nie-ludzkiej  walce, dzieje się coś niesamowitego:
 

<<Jezus, powróciwszy do groty, rozpoczął na nowo modły. Przezwyciężył już odrazę Swej natury ludzkiej do mąk, ale znużony bardzo walką i strwożony, tak się modlił: „Ojcze Mój, jeśli jest wola Twoja, oddal ten kielich ode mnie, lecz nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie!".

Wtem rozstąpiła się przed Nim ziemia, w której głąb po smudze świetlistej wiodły schody do otchłani. W niej ukazali Mu się Adam, Ewa, wszyscy Patriarchowie i sprawiedliwi, rodzice Matki Jego i Jan Chrzciciel, a wszyscy czekali z utęsknieniem Jego przybycia i wyzwolenia ich. Serce Jego przeto, miłością gorejące, wzmocniło się i pokrzepiło tym widokiem, gdyż On to przecie miał tym duszom, tęskniącym za Niebem, otworzyć je przez Swą śmierć. On miał je wyprowadzić z więzienia tęsknoty do wiecznej szczęśliwości.

Po tych nieba dziedzicach Starego Zakonu, którym Jezus się przyjrzał z prawdziwym wzruszeniem, przeprowadzili przed Nim aniołowie orszak wszystkich przyszłych błogosławionych, którzy, łącząc swe walki duchowe z zasługami mąk Chrystusa, przez Niego mieli połączyć się z Ojcem niebieskim. Był to nieopisanie piękny, pokrzepiający na duchu widok, przywodzący Jezusowi na pamięć najskrytszą a niewyczerpaną moc zbawczą i uświęcającą czekającej Go śmierci odkupienia. 

Wszyscy chodzili przed Jezusem, podzieleni na grupy, stosownie do rodzaju i godności, strojni w cierpienia i dobre dzieła, dokonane za życia. Szli więc Apostołowie, uczniowie, dziewice i niewiasty, wszyscy męczennicy, pustelnicy i wyznawcy, papieże i biskupi, wszyscy przyszli zakonnicy i w ogóle wszyscy, którzy mieli być zbawieni. Przystrojeni byli oni w zwycięskie wieńce swych cierpień i umartwień; rozmaitość kwiatów w wieńcach, kształt tychże, barwa, zapach i siła wynikała z różności ich cierpień i walk zwycięskich za życia, w których zdobyli sobie chwałę niebieską. Lecz wszystko ich życie i działalność, całe znaczenie i siła ich walk i zwycięstw, cały blask i świetność ich tryumfu, opierały się jedynie na połączeniu ich zasług z zasługami Jezusa Chrystusa. 

Wszystkich członków tego tłumnego orszaku łączyło wzajemne oddziaływanie, jakaś łączność ścisła panowała między nimi, a wszyscy czerpali z jedynej krynicy życia, z Najśw. Sakramentu i męki Zbawiciela. Zjawisko to było dziwne i niewypowiedziane. Nic tam nie było przypadkowego; każda najdrobniejsza czynność, wygląd i strój, męczeństwo i zwycięstwo, wszystko na pozór tak różnorodne, łączyło się w jedną nieskończoną harmonię, w jeden zgodny akord. A jedność ta wszystkich najróżnorodniejszych rzeczy wypływała z barwnych promieni świetlnych jedynego słońca, z męki Chrystusa Pana, wcielonego Słowa, w którym jest życie, a życie jest światłem ludzi — świecącym w ciemnościach, które nie mogą Go ogarnąć.>>

Jak widać po wytłuszczeniu, najbardziej porusza mnie ta wizja “zgodnego współdziałania” członków Kościoła. Z jednej strony dlatego, że strasznie mi tego brakuje (czasem nie mogę patrzeć na świat wokół mnie), a z drugiej dlatego, że kiedyś podobny obraz i mnie przyszedł do głowy. Kościół jako zbiór kompletnie różnych ludzi - różnych głosów - które (dopiero!) wspólnie tworzą nową, niesamowitą jakość - melodię “na głosy”...

 

wtorek, 13 maja 2014
(Jeszcze) pikantniejszy dowcip.

Ponieważ uznałem, że najlepszym elementem ostatniego wpisu był dowcip, dziś będzie tylko dowcip.

Pewien prawowierny żyd odwiedził Watykan i po powrocie ze swojej podróży postanowił się ochrzcić. Wszyscy jego znajomi bardzo się temu dziwili, pytali skąd ta decyzja; czy może tak go Watykan zachwycił, a może był pod wrażeniem sprawności działania Państwa Kościelnego lub Kurii Rzymskiej. Na to nowo ochrzczony powiedział krótko:
- Wręcz przeciwnie. Tam jest taki bałagan, że gdyby to nie było od Boga, to już dawno by się rozwaliło...

 

(jeśli komuś brakuje pikanterii, to niech zamieni sobie "bałagan" i "rozwaliło" na słowa mniej cenzuralne) 

niedziela, 11 maja 2014
Uwaga, pikantny dowcip.

Dziś bez muzyki, będzie za to na koniec dowcip :)

Byłem dziś w kościele na Mszy. Pierwsza Komunia Święta(*). Jednym słowem - masakra.

Wybaczcie, ale to co napiszę teraz będzie bardzo subiektywne i niezniuansowane. Ale naprawdę mam przy takich “uroczystościach” wrażenie, że 99% uczestników bierze w nich udział z takiego lub innego przymusu. Dlatego tak irytuje mnie przepych tych wydarzeń(**). I dlatego dziś już jakoś nie mogłem wytrzymać i trochę podświadomie uciekłem z wnętrza kościoła do przedsionka.

A na zewnątrz oczywiście “drugi obieg eklezjalny”, przynajmniej nie ma udawania, że coś próbujemy “przeżywać”. Jest za to podtrzymywanie relacji z innymi uczestnikami. I dobrze. Ale jakoś szkoda.

Można by wybrać większe dobro, a wybiera się mniejsze.


Przypomniał mi się przy tej okazji dowcip. Można go opowiadać mniej lub bardziej cenzuralnie, ja spróbuję stworzyć wersję jakoś kompromisową… Dowcip właśnie o priorytetach.


Rzecz dzieje się w pociągu, w jednym przedziale siedzi ksiądz i informatyk.

Z początku nikt się do nikogo nie odzywa, ksiądz pogrążył się w brewiarzu, a informatyk - jak to informatyk - siedzi przed komputerem. Nagle ciszę przerywa ksiądz i proponuje wspólną wizytę w Warsie. Informatyk odmawia, tłumaczy, że ma jutro ważne spotkanie i sporo pracy. Ksiądz zatem wybiera się sam.

Po powrocie nieśmiało proponuje alkohol. Informatyk mówi, że na jutrzejszym spotkaniu ma prezentację i musi być w dobrej formie. Ksiądz zatem próbuje z innej strony:

- Drogi panie, wracając z Warsa zauważyłem, że w przedziale obok siedzą dwie niezwykle urocze damy. Może byśmy je na chwilkę odwiedzili?

Informatyk po raz kolejny odmawia, mówi, że teraz naprawdę nie może, musi się skupić na przygotowaniu tej jutrzejszej prezentacji i nie chce się niczym rozpraszać. A poza tym, to ma żonę.

Po kilku godzinach ksiądz wraca do przedziału. Informatyk kończy pracę, zamyka komputer i rzuca:

- No ale niech ksiądz powie, czy ja źle żyję?

Ksiądz na to:

- Dobrze. Ale niepotrzebnie.


(*) w zasadzie nie mam pewności, że pisze się dużą literą, małpuję za Wikipedią


(**) wydawałoby się, że powinienem popierać chociażby elegancki strój, ale jak widzę kogoś kto aż tak się nie “odwalił”, to przynajmniej mam poczucie, że nie próbował na siłę wejść w konwenans


czwartek, 08 maja 2014
Jestem zwycięzcą?

 

Wybaczcie kolejny wpis “muzyczny”, ale z wszystkich przejawów działalności artystycznej muzyka działa na mnie najsilniej, a w związku z tym najłatwiej mi się za jej pomocą wyrazić… Poza tym ten wpis będzie się idealnie komponował z wcześniejszym.


Tym razem chcę wziąć “na tapetę” utwór z najnowszej płyty Luxtorpedy pt. Jestem zwycięzcą? (koniecznie! ze znakiem zapytania na końcu):

http://www.tekstowo.pl/piosenka,luxtorpeda,jestem_zwyciezca_.html

 

Warto zapoznać się z całym tekstem.

Dla mnie nie jest on jakiś strasznie odkrywczy, bo w takim właśnie środowisku spędziłem ostatni rok.

Chciałem tylko zwrócić uwagę na dwa - bardzo ważne dla mnie - wersy:

 

“wielu za sukces oddaje swoją duszę

wierzą, że bez tego nie mają nic wartościowego”

 

To jest chyba w naszej obecnej cywilizacji najgorsze…

I naprawdę nie wiem jak się na tę chorobę uodpornić. Mnie się (na razie) nie udało.

środa, 07 maja 2014
Jeszcze nie umieramy.

(wpis kradziony z mojego własnego profilu na FB)

"myśli sobie Ikar
co nieraz już w dół runął
jakby powiało zdrowo
to bym jeszcze raz
pofrunął"

Chyba już kiedyś był u mnie dokładnie taki sam wpis(*), ale zakochałem się na nowo. Tak właśnie chcę. Tego właśnie (teraz!) potrzebuję!!!

No i do wspaniałego tekstu Młynarskiego jeszcze: Raz, Dwa, Trzy. Piękna interpretacja. Sam Nowak na tej płycie powiedział, że "prawowitość jest ważniejsza od stylizacji", ale ta aranżacja wnosi moim zdaniem nową jakość i nabiera prawowitości...


(*) na fejsbuku oczywiście

sobota, 19 kwietnia 2014
Pasja, cz. 2.

Skoro była część pierwsza, to powinna być i druga :)
Niestety nie mam zbyt wiele czasu, żeby precyzyjnie dobierać cytaty z objawień bł. Emmerich do liturgii, więc tym razem fragment, który dotyczy kielicha, którego Jezus używał w czasie Ostatniej Wieczerzy, czyli podczas pierwszej Mszy świętej.(*)

Wrzucam ten tekst, bo uderzyła mnie zarówno misterność Bożego planu (od Noego do Chrystusa minęło jednak trochę czasu) jak i moja ignorancja w tym temacie... No i nie da się ukryć, że nie bez znaczenia jest też moje lekkie skrzywienie liturgiczne ;)

"Całe urządzenie przedstawiało się tak: Na płaskiej płycie stał wielki kielich, a w koło niego sześć małych kubków. W płycie tej znajdował się wysuwany rodzaj szufladki, ale nie pamiętam już, czy zawierał on świętość, czy nie. W samym kielichu stało drugie, mniejsze naczynie, na kielichu leżał talerzyk, przykryty sklepioną kopułką. W podstawce kielicha był umyślny schowek na małą łyżeczkę. Wszystkie naczynia osłonięte były cieniutką tkaniną i przykryte zwykle wielką wydrążoną półkulą, jakby parasolem, zrobioną — zdaje się — ze skóry, a opatrzoną u góry gałeczką. Kielich składał się z właściwego kubka na wino i z podstawki, później zapewne dodanej; podstawka była bowiem z innego materiału, a sam kielich z jakiejś brunatnej masy, gładkiej jak szyba zwierciadła. Kształt miał gruszkowaty, po bokach dwa uszka do podnoszenia, bo ciężar jego był dość znaczny. Cały był pozłacany czy też wyłożony złotem. Podstawka wyrobiona była sztucznie z ciemnej złotej rudy. W koło obejmował ją z tegoż materiału wąż i latorośl winna, a prócz tego wysadzona była drogimi kamieniami. W podstawie, jak już wspomniałam, był schowek dla małej łyżeczki.

Kielich sam przechowywał później Jakub Młodszy przy kościele jerozolimskim. Wiem, że dotychczas znajduje się on gdzieś w bezpiecznym ukryciu i kiedyś znowu wyjdzie na jaw w stosownym czasie, jak i teraz do ostatniej wieczerzy. Mniejsze kubki przeszły w posiadanie innych kościołów, i tak jeden był w Antiochii, inny znów w Efezie; w ogóle naczynia te dostały się siedmiu kościołom. Kubki te należały kiedyś do Patriarchów, którzy pili z nich pełen tajemnic napój, gdy odbierali lub udzielali błogosławieństwa, jak to w swoim czasie widziałam i opowiadałam.

Początek wielkiego kielicha ginie w pomroce wieków. Posiadał go już Noe i w czasie potopu ustawił go w arce na samej górze. Melchizedek przyniósł go z sobą z kraju Semiramidy, gdzie był zarzucony, do Kanaanu, gdy zakładał osady w Jerozolimie; w nim składał wobec Abrahama ofiarę chleba i wina, i potem mu go pozostawił. Później widziałam go u Mojżesza. Masa, z której był zrobiony, była tak zbitą, jak masa dzwonu. Nie zdawał się być wykuty ręką ludzką, lecz jak gdyby przyroda sama go ukształtowała i jakoby wytworzył się z łona ziemi. Kiedy powstał i z czego, to było wiadomym tylko samemu Jezusowi."

(*) tak, ten kielich ma również nazwę (Święty) Graal :) 

wtorek, 15 kwietnia 2014
Pasja, cz. I.

Czytam ostatnio "Pasję" wg bł. Anny Katarzyny Emmerich.
Pomyślałem, że warto byłoby tutaj skonfrontować z tym tekstem wczorajsze i dzisiejsze czytania.

<<Wtedy Magdalena zdjęła Mu z nóg sandały, namaściła nogi z wierzchu i pod podeszwą, po czym ująwszy w obie ręce swe włosy okryte zasłoną, otarła nimi namaszczone nogi Jezusa i włożyła Mu na powrót sandały. Czynność ta spowodowała przerwę w mowie Pana. Jezus zauważył obecność Magdaleny zaraz, jak tylko weszła, ale inni teraz dopiero spostrzegli ją, gdy Jezus nagle umilkł. Niechętni byli, że ktoś tam przeszkadza w nauce, lecz Jezus rzekł: „Nie gorszcie się tą niewiastą!" po czym zaczął coś cicho mówić do niej. Magdalena zaś, załatwiwszy się z zakładaniem sandałów, stanęła za Jezusem i wylała Mu na głowę flaszeczkę wonnego olejku tak obficie, że aż spływał poza suknię, po czym jeszcze nabrawszy na rękę kosztownej maści, potarła Mu nią głowę od ciemienia w tył głowy. Przyjemna woń rozeszła się po całej sali. Apostołowie zaczęli szeptać i mruczeć, Piotr nawet okazywał niechęć z powodu tej przerwy w nauce. Magdalena, płacząc ciągle, spuściła zasłonę na twarz i zwróciła się do odejścia. Gdy, idąc poza stołem, przechodziła koło Judasza, zagrodził jej tenże drogę ręką tak, że musiała się zatrzymać, i zaczął jej wyrzucać marnotrawstwo, mówiąc, że lepiej było obrócić to na wsparcie dla ubogich. Magdalena stała w milczeniu, płacząc gorzko. Dopiero Jezus ujął się za nią mówiąc: „Dozwólcie jej odejść spokojnie. Namaściła Mnie teraz na śmierć i już więcej tego uczynić nie będzie mogła. Zaprawdę, powiadam wam, gdziekolwiek głoszona będzie kiedyś Ewangelia, tam także wzmianka będzie o jej czynie i waszym szemraniu!"

Smutna wyszła Magdalena z sali. Uczta też nie przeciągała się dłużej, szemranie bowiem Apostołów i nagana, udzielona im przez Jezusa, zmieniły nastrój biesiadników. Podniesiono się też zaraz od stołu i wszyscy poszli na powrót do Łazarza. Judasz, skąpiec rozzłoszczony do żywego postępkiem Magdaleny, postanowił sobie w duchu, że już nie zniesie dłużej takiej gospodarki. Nie dał jednak nic poznać po sobie, zdjął suknię godową, i oddalił się pod pozorem, że musi dopilnować w jadalni zebrania resztek potraw dla ubogich. Zamiast jednak tam pójść, pobiegł pędem do Jerozolimy. Przez całą drogę widziałam przy nim diabła smukłego, spiczastego, czerwonego. Był on raz przed nim, to znowu za nim, jak gdyby mu przyświecał, i rzeczywiście, chociaż ciemno było, biegł Judasz pewnie, bezpiecznie, nie potknąwszy się ani razu. Przybywszy do Jerozolimy, pospieszył do domu, w którym później wyszydzano Jezusa. Faryzeusze i arcykapłani zebrani jeszcze byli na naradzie. Judasz nie poszedł do zebranych, tylko dwóch faryzeuszów zeszło do niego na podwórze i tu się rozmówili. Nie posiadali się z radości, gdy Judasz ofiarował się im wydać Jezusa. Zdrajca zapytał jednak zaraz, ile gotowi są dać mu za to, więc po krótkiej wspólnej naradzie zeszedł jeden i ofiarował mu 30 srebrników. Judasz przystał bez wahania i chciał, by mu zaraz tę sumę wyliczono, faryzeusze jednak obawiali się, by ich nie oszukał, bo przedtem także był u nich, a później tak długo się nie pokazywał; kazali mu więc najpierw zrobić swoje, a potem obiecali zapłacić. Chcieli oni także, by Judasz dłużej został i objaśnił ich bliżej, kiedy i jak zamierza urządzić wszystko, lecz, on spieszył się bardzo, by nie wzbudzać podejrzenia; rzekł tylko, że musi jeszcze wszystko dokładniej się wywiedzieć, a wtenczas można będzie to jutro doprowadzić do skutku bez zbytniego rozgłosu. Przez cały ten czas diabeł wciąż był przy nim. Spiesznie powrócił Judasz znowu do Betanii ubrał się w swą suknię i jakby nic nie zaszło przyłączył się do innych. Jezus pozostał na noc w domu Łazarza, podczas gdy uczniowie rozeszli się do swych gospód. W nocy jeszcze powrócił Nikodem z Jerozolimy, a Łazarz towarzyszył mu kawałek drogi.>>

niedziela, 13 kwietnia 2014
Cierpienie.

EDIT 1 (przed Wielkanocą): po opublikowaniu poniższego wpisu dostałem spanikowany telefon o treści: "Czy u mnie wszystko w porządku". Przepraszam zatem za enigmatyczny (niestety świadomie) ton tego, co napisałem, ale nie chciałem i wciąż nie chcę wchodzić w szczegóły, bo nie dotyczą one wyłącznie mojej osoby. Ale w skrócie: nie chodzi o moje zdrowie, chodzi o moją sytuację w pracy.

EDIT 2 (po Wielkanocy): No i sytuacja w pracy - cudownie, możnaby rzecz, choć jest to cud z gatunku tych trudnych - odmieniła się :)

 

Ostatni wpis był świąteczny, a już wielkimi (a nawet Wielkimi) krokami zbliżamy do tych Świąt bez dwóch zdań najważniejszych...

Niedziela Palmowa Męki Pańskiej. Ta nieco przewrotna nazwa kieruje nasze myśli między innymi ku cierpieniu Jezusa(*). Na rozważanie tego cierpienia specjalny czas będzie oczywiście w Wielki Piątek, ale ja dziś chciałem nawiązać do cierpienia innej osoby. Do jednej z lepszych ksiąg Starego Testamentu (nieprzypadkowo nazywanej mądrościową), czyli księgi Hioba. Z jednej strony strasznie trudna ta mądrość, ale z drugiej jakoś całym sobą czuję, że w ten trud warto wejść. Zupełnym przypadkiem trafiłem kiedyś na stronę z rozważaniami tej księgi: http://zuchbozy.blogspot.com/2013/10/wiem-ze-ty-wszystko-mozesz-co-zamyslasz.html

Z całego komentarza chciałem wyciągnąć tutaj tylko jeden fragment: "Bohater dramatu zaczyna się przekonywać (wierzyć), że Stwórca był w nieszczęściu, ale nie jako krzywdziciel (zadający cierpienie), lecz jako krzywdzony (przyjmujący cierpienie)."

Ja dopiero się uczę przyjmować ten krzyż, który w okolicach tego Wielkiego Postu dostałem. Dopiero dociera do mnie ta perspektywa Boga, który w tym cierpieniu jest ze mną. Nie wiem, co będzie dalej. Historia Hioba zakończyła się niespodziewanym happy endem. ("Pan oddał mu całą majętność w dwójnasób.", Hi 42,10 i dalej) Ja też wierzę, że to, co dla mnie przygotował Bóg, jest dobre. Ale nie wiem kiedy i jak mi to dobro zaplanował. Kompletnie nie wiem, bo to co teraz jest, nie napawa optymizmem.
Ale "wiem, że Ty wszystko możesz"... 

(*) choć nie tylko, o sile Jezusa pisałem kiedyś w http://duchowy.blox.pl/2012/04/Ballada.html

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10