piątek, 30 stycznia 2009
Liczenie.
Dwa dni temu, w czasie jednej z rozmów, usłyszałem słowa, na które w normalnych warunkach nie zwróciłbym uwagi: "Umiesz liczyć - licz na siebie". Zdanie powtarzane po wielokroć, w różnych kontekstach, właściwie slogan. Tylko miałem wrażenie, że osoba wypowiadająca je jest jego chodzącym zaprzeczeniem.

Krzysiek od dwóch lat jest bezdomny, wcześniej miał rodzinę, dom, samochód. W pewnym momencie coś się popsuło, żona wyrzuciła go z mieszkania. Kiedy zapytałem o rodzinę, mówił, że honor/ambicja nie pozwalają mu prosić ich o pomoc.

Zmuszają jednak do proszenia ludzi kompletnie obcych, liczenia na ich dobrą wolę lub wykorzystania słabości.

Tak się zastawiam. Kto lub co wdrukował w nas to nonsensowne zdanie? Skąd takie ślepe pożądanie niezależności, przekonanie, że jeśli sam sobie nie dam rady to coś jest ze mną nie tak?

Przypadek Krzyśka jest może skrajny, ale ile razy w życiu bardzo chciałem komuś pomóc, a ten ktoś po prostu na to nie pozwalał. A przede wszystkim - ile razy sam przez swój upór musiałem kombinować jak koń pod górę.

Przecież otwarcie się na drugą osobę nie tylko nie jest złe, ale jest właśnie tym, o co tak naprawdę chodzi.


Lektura uzupełniająca:
Przypowieść o synu marnotrawnym.

PS do tych modlących się - proszę, poświęćcie Krzyśkowi choć jedną zdrowaśkę...
niedziela, 25 stycznia 2009
Przywiązania.
"Adolf Merckle, piąty na liście najbogatszych Niemców, rzucił się pod pociąg po stracie miliarda euro na spekulacjach akcjami Volkswagena." (za Tygodnikiem Powszechnym)

Nie wiem czemu wyjątkowo poruszyła mnie ta informacja. Może dlatego, że sam jakoś szczególnie od kilku miesięcy staram się walczyć ze swoimi przywiązaniami?

Łatwe to nie jest - ani nabranie na tyle dużego dystansu, żeby uświadomić sobie do czego przykładam wagę tak dużą, że destrukcyjną dla mnie. Ani żelazna konsekwencja w odrzuceniu tego.

Ale jakoś nie bardzo mam ochotę skończyć pod kołami pociągu (jakkolwiek romantycznie by to nie brzmiało...).
niedziela, 18 stycznia 2009
Lingwistycznie.
Dziś na Mszy znów przypomniałem sobie, że nie wiem, co oznacza słowo "jednorodzony"... Moja robocza hipoteza była taka, że to to samo co pierworodny.

Ale okazało się, że Justyna (znów :) miała rację. Za sjp.pl:

jednorodzony: "będący jedynym potomkiem, zwłaszcza synem, rodziców"

Oczywiście w szczególności jednorodzony jest pierworodny :)
Ot, warto chyba wiedzieć...

PS "Jezus (...) rzekł do nich: Czego szukacie?" J 1,38
środa, 14 stycznia 2009
Z samolotu.
Z cyklu "okruchy uśmiechu", między lekturą TP i "Greka Zorby":

"Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe"

Zdecydowanie nie aniołów :)

PS "W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom."