wtorek, 19 stycznia 2010
Kradzione.
Dzisiejsze czytania przypomniały mi tapetę, którą mam na pulpicie:



A z rzeczy lżejszych gatunkowo:



i zupełny lajcior:

niedziela, 10 stycznia 2010
Uwolnić Święta!
Znów wpis "dla ateistów" (jeśli jeszcze jacyś tu zaglądają). Miało być wcześniej, ale może popsułbym komuś jego nastrój. Ale jeszcze zdążę na koniec Okresu Narodzenia Pańskiego...

Święta, szczególnie bożonarodzeniowe, to ciekawy okres. Z jednej strony słyszymy, jaki to wspaniały czas, kiedy wszyscy zgodnie z tradycją są razem, w kościele pojawiają się osoby z dawna nie widziane, nawet wojujący ateiści godzą się na odrobinę "Jezuska w żłóbeczku". Z drugiej strony słyszymy głosy, że przecież w tych świętach chodzi o coś znacznie ważniejszego niż prezenty, sprzątanie, kolędy i szopki. A z trzeciej są ludzie, którzy z różnych powodów nie lubią świąt i chcą po prostu przejść przez to wszystko w miarę bezboleśnie...

Nie wiem jak Wy, ale ja widzę tutaj pewną zadziwiającą przestrzeń spotkania. Właściwie niejedną, ale mi osobiście jakoś się narzucającą. Wydaje mi się mianowicie, że osoby, które nie chcą narzucania im Formy(*) Świątecznej, paradoksalnie, mogą być najlepiej zrozumiane przez głęboko wierzących. Bo dla nich jest jasne, że to nie tylko bezmyślne powtarzanie dorocznych schematów, ale coś co wynika z naszych wolnych decyzji i powinno się przekładać na życie.

Co Wy na to? Myślicie, że jest szansa na jakiś wspólny front święto-wyzwoleńczy?

(*) przepraszam za te Wielkie Litery, ale czytam ostatnio "Inne Pieśni"... ;)