środa, 28 stycznia 2015
Ofiara czy zaufanie?

Dawno już nie było tu Biblii ;)
No więc to jest tak, że wziąłem udział w pewnym fejsbukowym wydarzeniu i dostałem wczoraj taką wiadomość:
https://www.facebook.com/events/657378571040228/permalink/675998312511587/

Tekst zupełnie klasyczny, analizowany przez sto tysięcy osób na setki różnych sposobów. Podstawowy, jeśli się nie mylę, w judaizmie(*). Dla katolików niezwykle ważny ze względu na analogie między Izaakiem a Chrystusem.

Czytając ten fragment na ogół skupiamy się na postaci Abrahama. Nic w tym dziwnego, bo przecież jego zachowanie jest - po ludzku - nie do pojęcia. Najpierw sto lat czekał na syna, żeby potem go zabić? Jedynego syna, którego dała mu stuletnia Sara? Czy liczył na to, że Bóg jeszcze raz uczyni ten cud? Jeśli tak, to zaiste wielka musiała być jego wiara...
A może po prostu nie myślał o tym za dużo. Z komentarza, który jest pod tym tekstem z Księgi Rodzaju wynika, że Abraham wiedział, że inni bogowie "tak mają", że życzą sobie ofiary z pierworodnych dzieci. To było dla niego *normalne*. Więc może to, co naprawdę zaskoczyło Abrahama to reakcja Boga, który w ostatniej chwili zrezygnował z tego, co Mu się należało.

Warto jednak spojrzeć jeszcze na całą scenę oczami Izaaka.
Takiej perspektywy nie słyszałem chyba nigdy na żadnym kazaniu, rekolekcjach ani konferencji (a było ich trochę...). Nie mój to jednak pomysł, lecz "ukradziony" z następującego bloga: http://flp2komma1-11.blogspot.com/2015/01/thanks-to-proconvertable-one-dzieki-j.html
Niewątpliwie jest to bardzo cenne spojrzenie, bo chyba częściej jest nam bliżej do bycia Izaakiem niż Abrahamem. Tak mi się przynajmniej wydaje.

A jak wydaje się Tobie? Jakie jest Twoje serce? Gotowe poświęcić wszystko? Czy zalęknione i oczekujące śmierci, choć ufające?
Wydaje mi się, że to istotne pytania...

Oczywiście odpowiedź nie musi być (i chyba rzadko jest) zero-jedynkowa. Ja dostrzegam w sobie obie postawy. Może taka jest istota ofiary?


I jeszcze jedna krótka myśl na koniec:
"Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach."
Jak często Bóg zaskakuje nas prostym rozwiązaniem problemu, z którym sami kompletnie nie potrafimy sobie dać rady... Wystarczy "tylko" spojrzeć poza siebie...

(*) czyżby też dla muzułmanów?

wtorek, 06 stycznia 2015
Siła ciszy i spokoju.

W zeszłym roku na ŚBN był tu wpis może odrobinę nihilistyczny, tym razem będzie przepełniony wartościami.


Moi znajomi wiedzą, że w Adwencie bardzo poruszył mnie pewien film:

 


Jak większość TEDów, trwa 15 minut. Aż? Tylko?
U mnie w każdym razie z początku wywołał sprzeczne emocje: z jednej strony duże zainteresowanie, ale z drugiej dużą niecierpliwość. Zarówno treść jak i forma bardzo mnie zaintrygowały, ale - na mój gust - film był zbyt mało dynamiczny, narracja zbyt powolna.
Potem uświadomiłem sobie, że przecież właśnie o tym problemie mówił prelegent. Nie wiem czy użył tej "powolności" świadomie czy nie, ale u mnie idealnie obnażył problem "przebodźcowania". Nie umiem już niczego robić wolno i wszystko "optymalizuję czasowo". Co gorsza wiem, że nie jest to dla mnie dobre - Pico w swoim wykładzie tylko mi o tym przypomniał i ładnie streścił problem - ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić.

Wszystko to może nie wywołałoby u mnie tak dużej reakcji, gdyby nie to, że kiedy go oglądałem, byliśmy jeszcze w okresie adwentu, czasu radosnego - a jakże! - ale jednak oczekiwania.
Jest w tym jakiś paradoks(*), że jednocześnie jest to często czas wzmożonej aktywności: zamyka się rok finansowy, kończy różne projekty, a w różnego rodzaju szkołach pisze różnego rodzaju sprawdziany (co daje dużo zajęcia zarówno uczonym jak i uczącym). No i oczywiście prezenty. I oczywiście porządki świąteczne. Każdy wie.

I w tym wszystkim po prostu często nie mamy czasu oczekiwać. Sprowadzamy je do absolutnego minimum, np. poprzestajemy na - często kiepskich - rekolekcjach parafialnych. Już to uznajemy za tak wielkie poświęcenie, że czasem nawet nie zakładamy, że będziemy uczestniczyć w całości ("ze dwa razy wypadałoby pójść" - to cytat jak najbardziej autentyczny).

Dlatego właśnie ten wpis publikuję dopiero teraz.
Jest 6 stycznia. Wszystko pozamykane. Wiem, że niektórych to irytuje.
Ale nie ma żadnej wymówki, żeby nie poświęcić 15 minut na obejrzenie tego TEDa, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś.
A jeśli zrobiłeś, to nie ma żadnej wymówki, żeby nie poświęcić dziś (najlepiej teraz!) paru minut na "bezczynność".
To nieważne jak przeżyłeś Adwent.
To nieważne czy jesteś chrześcijaninem, katolikiem. (choć katolicy właśnie dziś mają szczególną motywację do modlitwy kontemplacyjnej i medytacyjnej)
To nieważne, czy wierzysz w Boga czy jakąkolwiek inną transcendencję.
Zrób to po prostu dla siebie.

(*) może diabelski paradoks?

sobota, 03 stycznia 2015
Nie bójcie się

Ten tytuł mógł brzmieć "Nie lękajcie się", ale specjalnie go nie wybrałem, żeby nie kojarzyło się z Biblią. Bo tym razem nie jest to cytat z Niej(*), tylko tłumaczenie zwrotu "Fear not!" użytego w poniższym filmie:

 


Nie chciałem go oglądać.
Tytuł mnie odstręczał, pomyślałem, że to kolejny nudny opis życia astronauty.
Co gorsza, początek zdawał się trochę potwierdzać tę tezę.

Dopiero później dowiedziałem się skąd wziął się tytuł tej prelekcji. A jest to ważne i warto to wiedzieć przed obejrzeniem. Za Wikipedią:

"During his first spacewalk Hadfield experienced severe eye irritation due to the anti-fog solution used to polish his spacesuit visor, temporarily blinding him and forcing him to vent oxygen into space."

Widać zatem, że człowiek ma o czym opowiadać :)
Jest on również znany z dość słynnego coveru piosenki Davida Bowiego...
Okazuje się też, że ma dosyć rozwinięte poczucie humoru.

Chris jednak zdecydował się nie tylko opowiedzieć o swoich doświadczeniach.
Są one jedynie pretekstem do głębszych rozważań na temat natury ludzkiej.
Tytuł tego wpisu sugeruje, że dla mnie najważniejszym elementem jego wykładu są rozważania na temat strachu. Chris bardzo ładnie tłumaczy różnice między strachem a zagrożeniem, więc nie ma sensu, żebym to powtarzał.

Jest za to chyba sens wrócić do tematu Biblii, od którego odżegnywałem się na początku.
Jak wiadomo słowa "nie lękajcie się" w różnych wersjach pojawiają się tam wiele razy. Ktoś podobno policzył, że dokładnie 365 razy, czyli jakby na każdy dzień. Często przy okazji przywoływania tych słów słuchamy również o Bożej Opatrzności, potrzebie zaufania i tego typu "farmazonach". Bardzo to pobożne, ale czy mądre? Nie wiem...

Wiem natomiast, że kiedy Chris mówi "Fear not!", to ja mam przed sobą w wyobraźni Jezusa, który mówi to samo. I wydaje mi się, że nie mówi to po to, żeby mnie pogłaskać po główce i powtórzyć banalne "wszystkie będzie dobrze". Nie sądzę.

Ten Jezus, którego ja widzę, mówi mi: nie bój się, bo nie warto. Nie bój się, bo każdy lęk pochodzi od Złego. Nie lękaj się, bo to uczucie nie przyniesie w Twoim życiu nic pozytywnego. Może najwyżej Cię sparaliżować, powstrzymać przed zrobieniem czegoś naprawdę wspaniałego.
W tym momencie ten Jezus z powrotem ma twarz Chrisa, który wprost mówi, że gdyby się bał, to nie zrobiłby i nie widziałby tylu pięknych rzeczy w swoim życiu.

I to wcale nie jest tak, że żeby przestać się bać trzeba mieć jakąś bardzo wyrafinowaną motywację, pewnie najlepiej religijną. Wcale nie: prawdopodobnie Chris byłby co najmniej zaskoczony moją interpretacją swojego wykładu. Sam ani słowem nie wspomniał o religii. Za to bardzo przekonywająco opowiada o marzeniach dziewięcioletniego chłopca.

Zatem: nie bójmy się. Nie warto.

(*) nie jest to również nazwa żadnej fundacji ani hasło żadnego marszu...