czwartek, 20 listopada 2008
Relacja.
Ponieważ prace nad wpisem o potrzebie duchowości z różnych przyczyn się przedłużają, pomyślałem, że napiszę w międzyczasie coś trochę mniejszego kalibru. Jednocześnie chcę tym zapoczątkować serię, do której zainspirowała mnie siostra. Chodzi o rzeczy, o których przeciętny wierny (tzn.znający Kościół tylko z niedzielnych kazań i tego, co piszą w mediach) nie wie prawie nic, a z którymi ci troszkę bardziej zaangażowani stykają się non stop. Przetestuję też nowy system cytowania - żeby ulepszyć płynność rozumowania wpisu, "lekturę rozszerzającą" umieszczę na końcu tekstu - i pogrubiania :)

Nie, tym razem nie będzie o Opus Dei, nie będzie o Tajnych Archiwach Watykanu, nie będzie o majątkach księży. Sprawa jest dużo mniej atrakcyjna, ale dużo bardziej fundamentalna.

Chcę napisać o tym, że wiara jest osobistą relacją z Bogiem. To zdanie bardzo rzadko pada na niedzielnych kazaniach(*), natomiast jest odmieniane w każdy możliwy sposób na wszystkich rekolekcjach i we wszelkiego rodzaju wspólnotach. Wielu (łącznie ze mną) uważa je za absolutnie podstawowe, więc poświęcę teraz chwilę na jego głębszą analizę i konsekwencje, które za sobą pociąga.

Przede wszystkim - w takim rozumieniu wiara nie jest uznaniem istnienia Boga (wiarą w Boga), ale zaufaniem Mu (wiarą Bogu). Jeśli tak, to Bóg musi być osobą. Czyli to nie jest Bóg deistów, ani tym bardziej Bóg panteistów. Arystoteles dowodził konieczności istnienia pierwszej przyczyny i uznawał jej naturę za boską, ale koncepcja Boga osobowego, o której teraz piszę, idzie znacznie, znacznie dalej.

Dlaczego jest to dla mnie tak szalenie istotne? Zaraz wymienię kilka powodów.

Przede wszystkim wtedy wiara przestaje być kwestią przyjęcia (bądź nie) jakiegoś zbioru tez(**). Przestaje być czymś narzuconym z zewnątrz, na siłę. Zaczyna być czymś żywym, dynamicznym. W takiej wierze jest miejsce na wątpliwości, na "wadzenie się z Bogiem", jest miejsce nawet na odrzucenie jakichś prawd.

Kiedy o tym myślę, przychodzi mi do głowy obraz nauczyciela-mistrza, który próbuje uczniowi przekazać jakąś wiedzę, choć ten z początku nie może jej ogarnąć w całości, a nawet wręcz ją odrzuca.

Ktoś mógłby powiedzieć: cóż z tego, skoro tak czy siak taka wiara zakłada, że ta wiedza musi być, prędzej czy później, przez ucznia przyjęta. Ale to tylko słabość tego obrazu - rzecz w tym, że chodzi o przeniesienie akcentu z wiedzy samej w sobie, na relację właśnie. To ona jest kluczowa.

Wiedza sama w sobie nie ma znaczenia - choćby dlatego, że Bóg, ze swej natury, przekracza nas w sposób absolutny. Sama wiedza czy moralność nie jest absolutna, w pewnym momencie człowiek staje w sytuacji, w której przestają wystarczać i wtedy zostaje tylko właśnie relacja z Bogiem...

Więcej o tym w bibliografii... Chciałbym tylko podkreślić jedną rzecz, która z tego wynika - czasem może się wydawać, że stawiam tezy z wielką pewnością siebie. Nie dajcie się zwieść - to tylko zabieg retoryczny. Tak naprawdę, z jednej strony (pisałem o tym w pierwszym wpisie) ciągle poszukuję, a z drugiej mam pełną świadomość jak ułomne są te tezy z perspektywy Boga. Ten blog to tylko taka moja pisanina - tworzona z nadzieją, że może z niej wyniknąć coś dobrego.

Wróćmy do wiary. Dlaczego zatem relację uważam za najważniejszą?

Za słownikiem języka polskiego, słowo "relacja" znaczy:
(...) 2.  «stosunek lub zależność między przedmiotami, pojęciami, wielkościami itp.»
3. «związek zachodzący między ludźmi lub grupami społecznymi» (...)

Po pierwsze, chodzi więc o ustawienie się we właściwej relacji w stosunku do otaczającego nas świata, w szczególności do Boga. Wydaje mi się, że to jest niezwykle istotne, pisałem o tym już parę razy - świadomość ile tak naprawdę znaczymy jako jednostki potrafi być zarówno przytłaczająca, jak i wyzwalająca. Wierzę, że trzeba umieć stanąć w prawdzie o sobie - bo bardzo łatwo postawić siebie wyżej, ale też dużo niżej, niż naprawdę jesteśmy.

Po drugie, może nawet ważniejsze, to sprawia, że wiara nie jest polisą ubezpieczeniową z dodatkowymi świadczeniami za życia. Bóg przestaje być automatem, do którego coś się wrzuca (np. modlitwę, chodzenie do kościoła) i coś z niego w zamian wylatuje. Bóg przestaje być urzędnikiem, u którego coś się załatwia (lub nie, jeśli urzędnik ma gorszy dzień). Nie na tym polega relacja. Nie można na tym jej budować. Nie jesteśmy w stanie nawiązać relacji z drugą osoba, jeśli nasze kontakty ograniczają się do załatwiania spraw (o czym ostatnio coraz mocniej się przekonuję).

Na koniec chcę wspomnieć jeszcze krótko o jednej rzeczy. Chcę postawić tezę (nie jest broń Boże tylko moja), że do takiej właśnie wiary potrzebny jest jakiś przełom w życiu człowieka. Że nie wystarczy wiara "odziedziczona" po rodzicach. W terminologii kościółkowej taki przełom nazywa się nawróceniem. Przy czym chciałbym zaznaczyć, że to często (zawsze?) nie jest jeden moment, a raczej długotrwały proces. Kiedy ja mówię o swoim nawróceniu, myślę o łasce Boga, który chciał mi się objawić takim, jakim Go wcześniej nie znałem. Ktoś oczywiście mógłby zapytać - czemu traktować to jako iluminację a nie po prostu sposób zaspokojenia jakichś tam potrzeb. Wydaje mi się, że to tylko patrzenie na to samo z dwóch różnych punktów widzenia i nie ma między nimi żadnych sprzeczności. Trochę więcej na ten temat, mam nadzieję, już niedługo...

Bibliografia
1. Więcej o relacjach w tym kontekście można przeczytać choćby w bardzo ładnym fragmencie książki Szymona Hołowni "Tabletki z krzyżykiem" o tytule "Jak załatwić coś u świętych".
2. To, że natura Boga przekracza nasze możliwości pojmowania wiąże się z tzw. teologią negatywną. Pisze o niej trochę ks. Wacław Hryniewicz w liście "Nie chcę utrwalać podziałów", jak również protestancki eseista Krzysztof Dorosz w tekście "Moc, która wszystko przewyższa".

(*) a jeśli już pada to, mam wrażenie, szybko się nad nim przemyka - może z obawy, że ci co wiedzą, to wiedzą, a ci co nie wiedzą, to i tak im się nie da tego wytłumaczyć...

(**) wszystko jedno czy nazwiemy je prawdami wiary, czy dogmatami, czy jakkolwiek inaczej
sobota, 15 listopada 2008
Oferta.
Jeszcze póki trwają ostatnie szlify nowego "rozbudowanego" wpisu, chciałem na osłodę polecić (wyjątkowo serdecznie!) kolejny tekst.

W "Tygodniku Powszechnym" pojawił się niezwykle interesujący (choć chciałoby się powiedzieć: jak zwykle!) tekst ks. prof. Michała Hellera(*). Stawia dość chyba kontrowersyjną tezę: "Chrześcijaństwo ma do spełnienia misję ocalenia racjonalności". Jest mi ona dość bliska, niestety w tym artykule zaargumentowana tylko pośrednio.

Myślę, że warto przeczytać przynajmniej dwa pierwsze paragrafy. I liczę na to, że znajdzie się tam dużo kwestii (choćby kwestia kryzysu świata zachodniego), o których można by tutaj podyskutować :)

(*) ks. Heller jest m.in. astrofizykiem, laureatem m.in. nagrody Templetona

EDIT ten tekst będzie miał trochę wspólnego z szykowanym wpisem, ale proszę jeszcze o chwilę cierpliwości...:)
czwartek, 13 listopada 2008
Fanatyzm, cz. III. (*)
Kolejna prowokacja... Ja właściwie nie mam nic do dodania. Ale chciałem zamieścić dwie opinie: Szymona Hołowni i odcinek programu "Warto rozmawiać" (nie przepadam za nim, ale ten konkretny odcinek jest dosyć ciekawy).

(*) Mam nadzieję, ze to już ostatnio wpis z tej serii, ale chciałem to zamieścić, póki nie zbiorę się do napisania czegoś większego
piątek, 07 listopada 2008
Dorosłość.
Gdzieś w tych okolicach przeczytałem, dla mnie piękne, słowa bpa Antoniego Długosza: "Dzieci nie są zdolne do grzechu ciężkiego: powinny przeżywać świat pozytywnie, w nadziei."(*).

Tak sobie myślę, że można by je troszkę odwrócić i użyć jako definicji dorosłości: "Dorosłość jest wtedy, gdy jesteśmy w stanie popełnić grzech ciężki". Taka definicja oczywiście ma mnóstwo wad, ale jawi mi się jako niezwykle frapująca...

(*) grzech ciężki (albo śmiertelny) ma trzy warunki: musi być świadomy, dobrowolny i dotyczyć materii ciężkiej; więcej na ten temat można poczytać w Katechizmie lub jego Kompendium (trzeba poszukać "Kiedy popełnia się grzech śmiertelny?")...
 
1 , 2