wtorek, 12 listopada 2013
Rachunek nieprawdopodobieństwa.

Nie raz już tutaj droczyłem się ze statystyką. 

Dla człowieka wierzącego sprawa jest prosta: naszym życiem rządzi Bóg, a nie rachunek prawdopodobieństwa. Ale są takie momenty, kiedy człowiek bardziej zwraca uwagę na procenty i szanse.

Rachunek prawdopodobieństwa potrafi być jednak bardzo nieintuicyjny. Szczególnie jeśli wydarzy się coś mało prawdopodobnego. Ale co to tak naprawdę znaczy? Liczyłem ostatnio z siostrą, że tak jak ja choruje co drugi dzień jakiś mieszkaniec Warszawy. Dużo czy mało?

Można pytać: dlaczego ja? Można się cieszyć, bo wokół mnie w szpitalu leżą znacznie gorsze przypadki. W tym całym nie-prawdopodobnym nieszczęściu trafiło mi się jeszcze bardziej nie-prawdopodobne szczęście. Lekarze mówią: to się nie zdarza, żeby diagnoza była tak wczesna. To prawdziwy cud, w pełnym znaczeniu tego słowa.

Ale w związku z tym człowiek inaczej ocenia prawdopodobieństwo wydarzeń. Słynny cytat z Pratchetta mówi, że szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. I choć lekarze zapewniają, że ryzyko operacji jest bardzo małe, cokolwiek by nie mówiła teoria, przy takim splocie mało prawdopodobnych zdarzeń człowiek zaczyna podejrzewać, że ta szansa jakoś magicznie wzrasta.

Na szczęście naszym życiem nie rządzi rachunek prawdopodobieństwa: czy to zwykły, czy to "magiczny"... Przecież nie tylko z punktu widzenia wiary, po prostu jedno życie to trochę za mało na jakiekolwiek wnioskowanie statystyczne. Może to trochę tak jak fizyka kwantowa, zasady mikro-świata, które są kompletnie inne od świata, który oglądamy w skali makro. A może zupełnie inaczej?
Każdy ma inną receptę na tę "nieznośną lekkość bytu". Mnie bardzo pomaga świadomość, że nic z tego, co się dzieje, nie jest przypadkowe. Że nie ma przypadków.

piątek, 08 listopada 2013
Pytania bez odpowiedzi.

Miało być o wolności, ale to nie jedyna rzecz, która miała być inna niż jest.
Od środy leżę w szpitalu i wygląda na to, że trochę poleżę.

Dużo pytań krąży po głowie - również duchowych - odpowiedzi jakoś nie widać.
Może przede wszystkim: dlaczego? Dlaczego teraz? Kiedy praca, kiedy rodzina. Szczególnie rodzina.

I do tego jeszcze to bezsensowne leżenie i czekanie, przecież jestem całkowicie sprawny... Przecież przydałbym się gdzie indziej...

Tak jak pisałem, odpowiedzi nie ma.
Ale coś mi powoli świta, że może właśnie "gdzie indziej" wcale bym tak łatwo o innych ludziach nie myślał...