sobota, 16 maja 2015
Trudne decyzje.

Tydzień temu cała Polska (a przynajmniej moja najbliższa okolica) żyła pierwszą turą wyborów prezydenckich. Jej wynik był dla wielu osób zaskoczeniem.
Nie jest jednak zaskoczeniem skład drugiej tury. Duża część społeczeństwa (oceniam, że ponad połowa) uznaje ten wybór za decyzje między dżumą a cholerą. Ja również. Nasz dramat polega na tym, że coś wybrać musimy. Tertium non datur. Na którąś z tych chorób zachorujemy.

Przy tej okazji duża część obywateli rezygnuje z uczestnictwa w wyborach. Motywacje mają różne, ale jedną z nich jest myślenie na zasadzie: "i tak nic się nie zmieni". To akurat wierutna bzdura i nie chodzi tylko o straszenie się nawzajem tym, co się stanie, jak kontrkandydat dojdzie do władzy. To są różni kandydaci, choćby dlatego, że stoją za nimi różne partie.

Tak jak wspomniałem, osobiście jestem sceptyczny do obu opcji politycznych reprezentowanych w drugiej turze wyborów prezydenckich, ale wiem już na kogo będę głosował. Nie chcę tu uprawiać taniej (ani drogiej) propagandy, ale chcę napisać, jak widzę oferowane nam opcje choroby.

1. Komorowski.
W Internecie powstał zwięzły opis tego kandydata "chujowo, ale stabilnie". Czuję, że jest w tym jakaś prawda, ale patrząc na to z innej strony, może to być stabilność w rodzaju zamiatania pod dywan trudności, które prędzej czy później muszą nas dopaść.

2. Duda.
W kontekście tego co napisałem wcześniej, należałoby ukuć hasło: "chujowo i niestabilnie". Jeszcze pamiętam jak PiS nie radził sobie po dojściu do władzy, nawet jeśli - wg mnie - motywacje mieli dobre. Teraz może być podobnie.

Panuje dosyć powszechne przekonanie, że dla katolika lepszym kandydatem jest reprezentant Prawa i Sprawiedliwości. Pogląd ten zdaje się wyznawać nawet Grzegorz Braun. Ja nie jestem co do tego przekonany.

Nie jest dla mnie również jasne, czy wspomniana przez p. Brauna zasada: "im gorzej, tym lepiej"  nie ma przypadkiem zastosowania w naszej obecnej sytuacji politycznej. Faktem jest, że świetnie ona działa w przypadku Kościoła. Może zatem mogłaby jakoś zadziałać również w przypadku wspólnoty świeckiej? Szczególnie w sytuacji, która wymaga radykalnych (a nie powierzchownych) zmian systemowych?
Nie wiem.

Ale wiem, że za tydzień zagłosuję na Andrzeja Dudę.