piątek, 26 czerwca 2009
Decyzje.

Jakoś tak mam, że bardzo często ciężko podjąć decyzję. Na ogół chyba ze strachu, że nie wybiorę najlepszej opcji. Czasem nawet w sprawach tak strasznie błahych, że nawet wstyd mi o tym pisać.

Czytając wczoraj "Dzienniczek" s. Faustyny, napotkałem na fajny fragment, dosyć dobrze wpasowujący się z moje własne przemyślenia. Zacytuję go, a potem postaram się trochę przetłumaczyć "z kościelnego na nasze".

"Jak się nie wie co lepsze, trzeba się zastanowić i rozważyć i zasięgnąć rady, bo nie wolno działać w niepewności sumienia. W niepewności powiedzieć sobie: cokolwiek zrobię, będzie dobrze, mam intencję zrobienia dobrze, Pan Bóg przyjmuje co my uważamy za dobre, to i Pan Bóg przyjmuje i uznaje za dobre. Nie martwić się, jeżeli po czasie sprawy te okażą się niedobre, Pan Bóg patrzy na intencję, z jaką zaczynamy i według tej będzie nagradzał. Jest to Zasada. której powinniśmy się trzymać." (Dz 800)

Dla mnie to znaczy tyle, że muszę nauczyć się podejmować szybkie, świadome i stanowcze decyzje.

Szybkie, ale nie dopuszczające wahania. Kiedyś uważałem, że to sprzeczne, ale tak naprawdę im więcej zastanawiania, tym więcej trudności. Tym większa niepewność.

Świadome, bo nie ma rzeczy nieważnych. A niektóre są ważniejsze niż się spodziewamy.

Stanowcze, ale - to bardzo ważne - z dobrą intencją. Jeśli jest choć cień wątpliwości, że wybieram coś złego, muszę równie stanowczo to odrzucić.

To nie wyklucza też rewizji decyzji podjętej w jakimś przymusie i niepewności, która po pewnym czasie wyraźnie przynosi złe owoce...

środa, 17 czerwca 2009
Quiz, cz. II.

No, trzeba przyznac, ze Slawek byl najblizej :) Ponizej tekst, ktory napisalem w tym samym czasie co pierwszy, publikuje, choc teraz wolalbym napisac cos o Bozym poczuciu humoru....


Podzieliłem poprzednią notkę na dwie części, ponieważ ta będzie tak naprawdę na inny temat. Owszem, będzie zawierała (jakąś) odpowiedź na poruszone wcześniej wątpliwości, ale chcę też poruszyć ważniejszą, jak sądzę, kwestię - mianowicie: co to znaczy, że Bóg odpowiada?

Dla mnie to były słowa z Pisma Świętego: "Jeżeli zaś to, co przemijające, było w chwale, daleko więcej cieszy się chwałą to, co trwa." (2 Kor 3,11)
Żeby je (trochę) lepiej zrozumieć, warto rzucić okiem na ich kontekst (a najlepiej Rdz 1 - Ap 22 ;).

Dlaczego te słowa tak mnie poruszyły?

Dla mnie one znaczą tyle, że to, co niedoskonałe, nie jest pozbawione wszelkiej wartości. Ale również, że warto zaufać i wybierać to, co najdoskonalsze.
Dla mnie to znaczy, że Bóg składa mi obietnicę, że nigdy nie będę żałował decyzji odrzucenia zła. Muszę to chyba jeszcze raz podkreślić - to nie jest rozumowa argumentacja, to nie jest dowód. To jest obietnica, złożona przez kogoś, komu (ja) ufam.

I - dla jasności - to, co napisałem powyżej nie jest tzw. oficjalną nauką Kościoła, nie jest interpretacją, w którą trzeba (w jakimkolwiek sensie) wierzyć(*), w ogóle nie jest interpretacją.

To jest tylko odpowiedź, którą ja - osobiście - dostałem. Taką odpowiedź, która nie jest piękną poezją, tylko zmenia życie.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że źle tę odpowiedź zrozumiałem. Ale to już temat nie na tę opowieść...

czwartek, 11 czerwca 2009
Quiz, cz. I.
Znowu długa przerwa w pisaniu, spowodowana chyba większym skoncentrowaniem na pracy. Na szczęście nie tyle zahamowało to moje życie duchowe, ile utrudniło ubieranie doświadczeń w słowa.
 
Od jakiegoś czasu prześladuje mnie wątpliwość, na którą nie potrafię udzielić rozumowej odpowiedzi. W jakimś stopniu wiąże się ona z zarzutem, który wysunął kiedyś mój znajomy z pracy - że religia hamuje postęp. Na to odpowiedzieć jest dosyć łatwo - jeśli tak się dzieje, to to wynika z tego, że postęp nie jest wartością absolutną, że wchodzi w konflikt z czymś od niego ważniejszym.
Wierzę, że to jest prawda, ale kiedy patrzę na swoje życie, to nie wydaje się być takie proste, mam wiele pytań i wątpliwości. Dużą część życia poświęciłem swojemu rozwojowi, często kosztem zdrowia, fizycznego i psychicznego, relacji z innymi ludźmi. Czy to oznacza, że cały ten mój postęp, cały wysiłek, jest nic nie warty?
Oraz - co ważniejsze - czy gdybym dziś miał podjąć decyzję, mógł zmienić przeszłość, wyrzuciłbym z mojego życia wszystko, co wiązałoby się z jakimkolwiek złem, choćby rozwinęło mnie w ogromnym stopniu?
 
I wreszcie najistotniejsze - czy powinienem takie właśnie kryterium stosować do wszystkiego co robię teraz? Czy mam, w imię radykalizmu, bez cienia wątpliwości eliminować wszystko, co ma choćby pozór zła? Czy tego chcę, czy to da mi szczęście?
 
Tak jak pisałem, nie mam rozumowej argumentacji, ani za "tak", ani za "nie". Ale kilka dni temu Bóg (jak wierzę) dał mi odpowiedź.
Jaką? O tym w następnym odcinku... Wiąże się ona z konkretnym fragmentem z Biblii, więc niniejszym ogłoszam konkurs na Wasze propozycje, o który werset chodzi. Nagroda będzie, zależna od zwycięzcy :)
 
PS być może powinienem z quizu wykluczyć Myszę, która, jak się obawiam, może mieć handicapa...