wtorek, 29 czerwca 2010
Politycznie.
Na polityce znam się strasznie słabo. W ostatnich dniach stwierdziłem, że jednak jest moim obywatelskim obowiązkiem nie tylko iść na wybory, ale również nabrać jakichkolwiek poglądów politycznych (a nie robiłem tego już dobrych parę lat...).

Jednym z wniosków z tych prób jest to, że (dosyć nieświadomie) skręciłem dużo bardziej w prawo niż mi się wydawało (przy czym chodzi mi o prawdziwe, bez polskiej socjalnej domieszki, rozumienie słowa "prawica").

Drugim jest to, że coraz mniej przeszkadza mi dobitne prezentowanie swoich poglądów, a coraz bardziej denerwuje lawirowanie słowami, żeby tylko zachować polityczną poprawność.

Dlatego odważę się wkleić tutaj zapis pewnej rozmowy:

Nie można, niestety, znaleźć w niej odpowiedzi na pytanie, czy Traktat Lizboński będzie dla Polski korzystny (czego zresztą nie wie nikt).

Ale po raz pierwszy w życiu tak jasno zobaczyłem, jak uparcie można zaprzeczać faktom...

Dlaczego ludzie to robią? Ze stresu, nieumiejętności dyskusji? A może właśnie całkowicie z premedytacją, chcąc w ten sposób przeforsować coś (w ich mniemaniu) dobrego, kosztem takich drobiazgów jak logiczność wypowiedzi. Może faktycznie nie ma innego wyjścia - należy nie zakładać zbyt wiele o poziomie wyborców i nie zaśmiecać im głowy takimi drobiazgami (tak jak na wykładzie czasem zdarza mi się powiedzieć coś nie do końca prawdziwego, żeby nie zgubić słuchaczy w gąszczu szczegółów - choć takie kłamstwa na ogół mają krótkie nogi).

A może to ja dałem się ogłupić i przez mój pancerz ideologii nie mogą się przedrzeć najoczywistsze oczywistości?

Nie wiem, czy rozumiecie sens wypisywania takich rzeczy na blogu, bądź co bądź, duchowym. Ale przypomina mi się cytat, który padł w innej rozmowie, Hołowni z Cejrowskim (jak ktoś będzie chciał to znajdzie) - "niech mowa wasza będzie: Tak, tak; nie, nie.".

Coś w tym jest...