wtorek, 18 czerwca 2013
Pełne zanurzenie.
Jakiś czas temu pisałem, że skręcam (politycznie) coraz bardziej na prawo. Ten proces trwa już tyle, że powoli mogę wyciągać z niego jakieś wnioski.

Ponieważ nie jest to blog polityczny, to nie o polityce będę pisał, ale o sprawach bardziej duchowych. Jedną z ważnych kwestii społecznych, które mają duży związek z wiarą, jest stosunek do zła: zła, które dotyczy innych i nas samych. 

Kwestia jest ważna i niełatwa: na tyle, że dzieli nawet tak zwanych konserwatystów. Chyba wszyscy natomiast zgadzają się, że jakoś zareagować na zło trzeba(*). Podzielając ten pogląd zawsze zastanawiałem się jak ma się on do słów Jezusa: "nie stawiajcie oporu złemu" (Mt 5, 39). Wczoraj ten fragment był czytaniem mszalnym. Znalazłem do niego bardzo ciekawy (i krótki !!!) komentarz:

Warto sobie uświadomić, że opór wobec zła - choć konieczny - po prostu nie wystarczy. To za mało. Potrzebna jest miłość. I tak chyba należy rozumieć słowa: "zło dobrem zwyciężaj". I oczywiście nie można tego słowa miłość spłycać, nie chodzi o karmienie swoich emocji, psychologizowanie czy źle pojętą tolerancję. Miłość to znacznie, znacznie więcej.

To wszystko utwierdza mnie w przekonaniu, że zupełnie nie chodzi o to, żeby "się określić" jako lewicowca lub prawicowca, nie chodzi też o to, żeby znaleźć jakiś "złoty środek"(**). Raczej o to, żeby wchodzić "wgłąb". Tam, gdzie de facto kierunki lewo i prawo tracą jakiekolwiek znaczenie...


(*) choć czy ta reakcja powinna być zamknięta w ramy systemu prawnego to już zupełnie inna kwestia

(**) chociażby dlatego, że tutaj często po prostu nie ma miejsca na kompromisy