piątek, 31 lipca 2009
Fundament.
czyli "Wszystko, co chcieliście wiedzieć o komunizmie, ale baliście się zapytać"
piątek, 24 lipca 2009
Depozyt.
Właściwie notka powinna się nazywać "BezSens", bo tym jest chyba prowadzenie tego bloga.

Nie, nie mam zamiaru go zamykać. Ale zróbmy krótką analizę - blog działa już prawie rok, a moje notki czyta (przy dobrych wiatrach) kilkanaście osób, komentarze są raczej ewenementem. OK, to prawda, że mam nie najlepszy target; choć się staram, piszę trudno; jeśli już kontrowersyjnie, to mało kogo to interesuje - a ci, którzy mogliby się przez to wszystko przebić mają na ogół za mało czasu, żeby coś więcej z tym zrobić...

Taka jest, jak sądzę, chłodna ocena sytuacji i racjonalnie byłoby chyba odpuszczenie sobie (bo na założenie duchowego "Faktu" na razie jestem zbyt cienkim Bolkiem...).

Takie myśli nurtowały mnie (znowu) dziś rano. Włączyłem telewizor, znalazłem w nim kanał Religia.tv. Bardzo spodobał mi się ich spot:


Potem był program o Farmach Nadziei, ośrodkach dla narkomanów w Brazylii. Nieczęsto oglądam takie programy, ale czasem trzeba "naładować swoje akumulatory". Po raz kolejny uświadomić sobie, po co się robi to, co się robi. Że zbyt wielkie jest to, co dostałem, żeby to zachować tylko dla siebie... Po prostu się nie da. Ładnie opisuje to inny film...

piątek, 17 lipca 2009
Szczęście.
W czasie tej notki będę się szczególnie uśmiechał do ateistów, może któryś udzieli mi odpowiedzi na pytanie, które mnie fascynuje.

Miesięcznik "Więź" wydał jakiś czas temu numer poświęcony "nowemu ateizmowi". Pochodzi z niego artykuł o słynnych(?) napisach w londyńskich autobusach: „Boga prawdopodobnie nie ma. Dlatego przestań się martwić i ciesz się życiem”. Podpisuję się pod tym artykułem czym tylko mogę, ale żeby nie było, że idę na łatwiznę, odniosę się do jego części.

Chodzi mi o fragment "ciesz się życiem"(*). Wkładam sporo wysiłku w próby zrozumienia ludzi myślących inaczej niż ja; byłem w swoim życiu na tyle blisko całkowitego odrzucenia Boga, że nie dziwią mnie u innych ani podobne dążenia, ani chęć do ich wyrażenia. Ale - może to właśnie kwestia osobistego doświadczenia - zupełnie nie potrafię pojąć, na jakiej zasadzie ateizm może być źródłem szczęścia. A już tym bardziej nie rozumiem pragnienia przepisywania tej recepty wszystkim jak leci.

Tak jak wspomniałem, moje jednostkowe doświadczenie mówi o czymś skrajnie przeciwnym - nigdy nie chciałbym wrócić do czasów sprzed mojego nawrócenia, mam też poczucie, że w miarę upływu czasu otwierają się przede mną nowe pokłady szczęścia.

Ale przecież nie tylko o mnie chodzi - patrzę na ludzi wokół mnie, mniej lub bardziej znajomych. Naprawdę, może to myślenie życzeniowe, ale najszczęśliwsi wydają mi się właśnie ci, którzy wierzą. Mam wrażenie, że szczególnie wyraźnie widać to na twarzach starych zakonników...

Może takie właśnie pytanie warto sobie zadać - wykonać taki "eksperyment duchowy" - jak chciałbym się zestarzeć? kto z osób, które znam, jest dla mnie wzorem takiej starości... Naprawdę jestem szalenie ciekaw wyników Waszych eksperymentów...

(*) choć najbardziej podoba mi się w nim oczywiście to niepokojące "prawdopodobnie", ale recenzja z Racjonalisty zniechęciła mnie do jego komentowania
środa, 01 lipca 2009
Dowód na istnienie Boga(*).

Na wstępie tej notki muszę zaznaczyć, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem szukania "dowodu na istnienie Boga", wręcz sama jego idea robi na mnie wrażenie wewnętrznie sprzecznej(*).

To powiedziawszy, chciałbym przystąpić do "recenzji" filmu wyprodukowanego przez samego Jamesa Camerona o dość pretensjonalnej nazwie "The Exodus Decoded" (**). W skrócie jest to próba stworzenia naukowej teorii wyjścia Izraelitów z Egiptu. Nie jestem wielkim koneserem takich paranaukowych paradokumentów(***), ale, pomijając holywoodzką otoczkę, nie można chyba nie docenić ogromnego wysiłku, na jaki zdobyli się twórcy - np. zaglądania w awanturniczym stylu tam, gdzie ich dzisiejsze władze Egiptu nie zapraszały. A jeśli i to nie wystarcza, wydaje mi się, że ilość ciekawych (naukowych) informacji usprawiedliwia poświęcenie półtorej godzinny swojego cennego czasu, niezależnie od osobistych przekonań.

Nie obędzie się, jak to u mnie, bez łyżki dziegciu. Choć, jak wspomniałem, nie bardzo wierzę w ateistów nawracających się pod wpływem rozumowej argumentacji, historia każe być bardzo ostrożnym, kiedy ludzie (nawet uważający się za racjonalistów) zaczynają używać takich słów jak "implikacja" i "dowód" na terenach niebezpiecznie bliskich wiary. Zawsze spory popłoch wywoływały we mnie zdania w rodzaju "jeśli przesuniemy datowanie tego wydarzenia, to nagle wszystko nabiera sensu"(****). Niestety (lub na szczęście) nie jestem ekspertem w archeologii i nie jestem w stanie weryfikować jej naukowej ścisłości(*****), ale obawiam się, że w tej dziedzinie "trzeba" się do tego przyzwyczaić. Na szczęście w filmie tego typu kontrowersje są bardzo wyraźnie podkreślane(******).

Ale od tego wszystkiego istotniejsza jest chyba sensowność budowania takich modeli. Dla mnie bardzo mocno podważa ją to, że mają się one nijak do przekazu biblijnego, który ewidentnie wskazuje na nadprzyrodzony charakter zjawisk.

Ta łyżka dziegciu "normalnie" skutecznie zniechęciłaby mnie do oglądania tego filmu, ale nałożyło się ono z czytaniem książki Żuławskiego "Na Srebrnym Globie". Między innymi zawiera ona dość przekonywujący model tego, jak łatwo można przy odpowiednio niskim poziomie rozwoju traktować naturalne zjawiska w sposób zupełnie fantastyczny. Do tej pory traktowałem takie rozważania z pewnym przymrużeniem oka, a ta książka dała mi sporo materiału do rozmyślań.

Inaczej mówiąc - to interesujące, że ten film w połączeniu z książką stworzył w mojej głowie mieszankę wybuchową, którą uznałem za godną opublikowania tutaj :)


(*) pierwotnie notka miała nosić nazwę "Historiozofia", ale uznałem, że robiłaby mi kiepski pi-ar i nienajlepiej się pozycjonowała...

(**) czyli, w wolnym tłumaczeniu, "Kod Księgi Wyjścia. Rozkodowany" ;) wieki temu polecił mi go znajomy (dzięki!), ale dopiero teraz udało mi się do niego zasiąść - jednym z powodów była właśnie moja antypatia do prób uprawiania nauki tam, gdzie jej nie potrzeba

(***) choć z wielką sympatią oglądam próby przystępnej popularyzacji wiedzy specjalistycznej, chociażby film o historii dowodu Wielkiego Twierdzenia Fermata...

(****) większy nawet niż to, że głównym narratorem jest dziennikarz żydowskiego pochodzenia

(*****) o bezsporności wszelkiego rodzaju pracy naukowej mam zresztą dosyć niskie mniemanie, jak być może dało się zorientować, może pewnych rzeczy nie należy za długo oglądać "od środka", ale to już jest temat na zupełnie inną notkę...

(******) i tylko wrodzona podejrzliwość każe mi zastanawiać się, ile razy zostały przemilczane

(:*****:) chyba tym razem przesadziłem z liczbą stopek...