wtorek, 30 września 2008
Miłość? Osierdzie?

Zamiast cytatu, anegdotka. (którą opowiadał o. Maciej Zięba na pewnych niezapomnianych rekolekcjach.)

Na pewnym bardzo poważnym spotkaniu, ubrani w najszykowniejsze, światowe garnitury rozmawiali ze sobą o źródłach wzajemnego konfliktu Arabi i Żydzi. Jedna strona, bardzo mądrze, opisywała swoje pretensje, druga równie inteligentnie i grzecznie wskazywała na to, że to była tylko odpowiedź na zachowanie tych pierwszych. I tak w kółko.
W pewnym momencie ktoś z widowni przytomnie zauważył, że przecież takie zachowanie do niczego nie prowadzi, że jedynym rozwiązaniem jest przerwanie tej spirali nienawiści, odłożenie na bok sprawiedliwości "oko za oko, ząb za ząb".
Odpowiedział mu rabin:
"Oczywiście, ma Pan rację. Tylko to wymaga chrześcijańskiego przebaczenia, a z tym i sami chrześcijanie mają spore trudności..."

Nic dodać, nic ująć.

Dlatego napiszę tylko, że, mając sposobność, wróciłem do luksusu czytania Tygodnika Powszechnego i znalazłem tam m.in. ciekawy tekst Wojciecha Bonowicza "Zaproszenie do życia". O miłosierdziu (i przebaczeniu) właśnie...

Zamiast komentarza - fragment...

"Samo to pojęcie [miłosierdzia - przyp. mój] także jednak wymaga oczyszczenia. Jest bolesnym paradoksem, że stało się ono synonimem pomocy, która poniża, upokarza, degraduje. Przypominam sobie, jakie wrażenie zrobił na mnie przed laty cykl obrazów Jarosława Modzelewskiego zatytułowany „Caritas”. Przedstawiały one m.in. chórki niepełnosprawnych dziewcząt i chłopców, którym na pianinie lub akordeonie akompaniowała zakonnica, młodego księdza karmiącego starszą kobietę, siostrę pilnującą dzieci na placu zabaw lub sypiącą ziarno kurczętom... Obrazy te, mimo użycia żywych kolorów, emanowały jakimś głębokim smutkiem. Tak jakby artysta chciał powiedzieć, że to, co nazywamy miłosierdziem, w gruncie rzeczy często jest po prostu krzywdą.

Kiedy miłosierdzie staje się „sprawą sióstr i księży” (czytaj: tych wszystkich, którzy nie chcą czy nie mogą pozostać obojętni), cała reszta społeczeństwa ze spokojnym sumieniem odsuwa od siebie tę odpowiedzialność. W sprowadzaniu pomocy drugiemu człowiekowi do tworzenia „ochronki”, „zakładu opieki” tkwi jakiś zasadniczy błąd, zasadnicze nieporozumienie dotyczące tego, co jest istotą miłosierdzia. Intuicja artysty jest w tym punkcie genialna. Modzelewski pokazuje, że miłosierdzie – przepuszczone przez błędne ludzkie sumienia – staje się „gorszą miłością”, zamiast być „braterstwem dla porażonych”."

niedziela, 28 września 2008
Ufo.
To miejsce czeka na Twoją reklamę...
 
Jak pewnie zauważyliście długo nie pisałem, a dziś już drugi wpis tego samego dnia(*)... Cóż, miałem pewne ograniczenia z dostępem do Internetu, najpierw z własnej woli, a w ciągu kilku ostatnich dni nie do końca z własnej... Mam za to mnóstwo wolnego czasu i pożytkuję go na nadrabianie wszystkich zaległości i przyjemności, na które dotąd sobie nie pozwalałem.
 
Między innymi obejrzeliśmy wczoraj z J. film, który zainteresował mnie już ponad rok temu... Chodzi o film "Ufo" w reżyerii Mateusza Syrka. Na stronie http://www.ufo.art.pl można się troszkę o nim dowiedzieć, obejrzeć zwiastun i ściągnąć film w całości...
 
Jeśli ktoś nie ma pomysłu na niedzielny wieczór to myślę, że warto w ten sposób wypełnić sobie te półtorej godzinki (+czas na ściąganie ;).
 
Film jest zupełnie amatorski (szczególnie boli to w udźwiękowieniu, być może słuchawki coś by pomogły), ale mnie bardzo poruszył swoją autentycznością. Cóż, w wielu miejsach po prostu bardzo pokrywa się z moimi doświadczeniami. Momentami bałem się schematu, ale trzeba przyznać, ze film zupełnie nie jest płaski. Zero czarno-białych postaci, główny bohater wbrew pozorom nie jest wzorem do naśladowania (przypomina się stara mądrość ludowa: "jeśli chcesz stracić wiarę, idź na teologię"). Naprawdę bardzo serdecznie polecam i dopisuję się do rekomendacji Zanussiego...
 
Ostrzegam tylko, że nie jest to film akcji :) Momentami to może nawet męczyć - samej akcji jest mniej niż w "Między słowami". Jest za to sporo dialogów, moim zdaniem na bardzo dobrym poziomie. Więc, jeśli macie ochotę na trochę refleksji i nie obawiacie się zaśnięcia - myślę, że nie będziecie żałować :)
 
 
(*) To oczywiście nie jest prawda, co łatwo zauważyć analizując godziny wpisów :)
Imię.

"Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot świeży
Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?"
A. Mickiewicz, "Dziady. Część III" (*)

Trochę ponad tydzień temu znajomy z pracy zabił mnie tekstem "W metrze(**) czytałem, że Kościół zmienił imię Boga". Jakimś przypadkiem (na ogół nie śledzę aktualności), wiedziałem o co chodzi, więc mogłem mu dać jakąś rozsądną (mniej lub bardziej) odpowiedź...

Prześledźmy sprawę po kolei - zaczęło się od dyrektywy(***) Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Temat wyeliminowania imienia Jahwe z liturgii okazał się być bardzo istotny dla Amerykanów, dlatego podjął go waszyngtoński "Catholic". W oparciu o to powstał artykuł w Tygodniku Powszechnym o intrygującym tytule "Bóg bez imienia" i z dość niezręcznym, moim zdaniem, sformułowaniem "Nie dla Jahwe. Bóg to Adonai. Tak w dużym uproszczeniu można podsumować treść dokumentu.". Temat podchwycił Onet i zrobił z niego jeszcze lepszego newsa - "Watykan zmienia imię Boga".

Nie chcę zanudzać moich drogich czytelników zawiłoścami związanymi z tematyką imienia Boga. Postaram się też za bardzo nie biadolić nad poziomem relacjonowania tematyki religijnej w prasie. Tym bardziej, ze nie dotyczy to wyłącznie religii - z nauką też nie jest najlepiej, żeby choćby przypomnieć ponoć już legendarne (tak mówił znajomy biologo-fizyk) zagrożenie wytworzeniem czarnych dziur w nowym akceleratorze CERN...

Ja po prostu poczułbym się lepiej, gdyby ktoś mnie przekonał, że takie dziennikarstwo niesie za sobą dobro, dociera do istoty sprawy i powoduje, że czytelnik ma właściwe pojęcie czym tak naprawdę zajmuje się Watykan, a tytuł newsa nie zawiera nadmiernego ładunku emocjonalnego.

Marzy mi się, żeby nawet dla tych, którzy nie wiedzą, co to jest tetragram, było jasne, że niewymawianie imienia Jahwe nie jest niczym innym niż kontynuacją tradycji żydowskiej (a nawet unikania go w piśmie, co dziś można zauważyć nawet na stronach internetowych).

Może jestem marzycielem...

(*) Ten cytat nie tylko dlatego, że to jeden z ulubionych utworów literackich... Zakładając tego bloga obiecywałem sobie, że nie będzie w nim tematyki doraźnej... Uleżało się...

(**) To nie jest literówka, nie chodzi o bezpłatny codziennik "Metro", tylko system wyświetlaczy w warszawskiej kolejce podziemnej. Ten news w takim miejscu był dla mnie swoistym szokiem, bo na codzień nie ma tam zbyt wiele miejsca na podobną tematykę...

(***) Z tym dekretem to jest ciekawa historia - jeśli poszuka jej się w polskim Internecie, to znajdzie się tylko ślady jej szukania - ale ani tu ani tam nie zwieńczone sukcesem. Ruszając jednak trochę głową dokopałem sie do wersji angielskiej... Ale muszę przyznać, że zadziwia mnie liczba komentarzy na temat dokumentu, którego nikt nie czytał... Czy tylko mi wydaje się, że coś w tym jest nie tak?

sobota, 20 września 2008
Wiara.

 Christianity

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, ze uwielbiam takie teksty. Dostałem ten obrazek od bardzo dobrej znajomej (która boi się tu odezwać ;) już jakiś czas temu i od samego początku przymierzałem się, żeby wykorzystać go na tym blogu. I to wcale nie dlatego, że pokazuje jak łatwo można wyśmiać czyjąś wiarę. Wręcz przeciwnie, według mnie, idealnie podsumowuje wszelkie próby "racjonalizacji" wiary. Myślę, że prawda jest znacznie bliższa temu, co powyżej. Przy czym ja oczywiście jestem gotów traktować ostatnie zdanie zupełnie poważnie.

Zastanawiałem się, jak mógłbym odpowiedzieć komuś, kto zastanawiałby się, jak ja w ogóle mogę w ten sposób myśleć. I przyszła mi do głowy kolejna historia :)

Projekt, nad którym w tej chwili pracuję trwa już ponad dwa lata (na studiach wkładali nam do głowy, że po roku można spisać projekt na straty). Kiedy przychodziłem, pracowało nad nim troje programistów. W międzyczasie zmieniliśmy architekturę i przeszliśmy na nową, ciągle eksperymentalną technologię (spowodowało to konieczność przepisania bardzo dużych ilości kodu, ale też naraża nas na jej niestabilność). Nie mieliśmy (i nie mamy) osoby odpowiedzialnej tylko za analizę i projektowanie, czego braki boleśnie odczuwamy do dziś. Dopiero od niedawna krystalizują się jakieś pomysły na zarządzanie projektem, dotąd byliśmy puszczeni mniej lub bardziej samopas. Nasi pracodawcy i zarządzający mają bardzo nikłą wiedzą na temat tego, co my tak naprawdę robimy. I cholernie goni nas czas, bo konkurencja, która jest na rynku od wielu lat, ogłasza, że nowe wersje ich produktów będą lada dzień. Wiemy, że niektórzy obiecują rozwiązania podobne do naszych. A to wielkie firmy, kwartalne dochody jednej z nich są liczone w milardach dolarów...

A my wszyscy wierzymy (czasem silniej, a czasem słabiej... ;), że nam się uda.

Makes perfect sense.

 

PS Jakoś bardzo ładnie zgrał mi się ten obrazek z wczorajszymi czytaniami...

"A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach." 1 Kor 15, 17

"Jeżeli
tylko w tym życiu
w Chrystusie nadzieję pokładamy,
jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania." 1 Kor 15, 19

czwartek, 18 września 2008
Racja.
"Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie:
«Gdyby On był prorokiem, wiedziałby,
co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka,
że jest grzesznicą»."
Łk 7, 39
 
Znów tematyka notki samego mnie zaskakuje - kompletnie nie miałem tego w planach, a raczej chciałem unikać komentowania Pisma Św. (w końcu chcę dbać o PR tego bloga ;). Obiecuję za to, że będzie krótko, a następnym razem bardziej "pod publikę". Ale m.in. po to założyłem tego bloga, żeby jakoś utrwalić pewne swoje refleksje...
 
Bardzo często przykładamy ogromną wagę do tego kto ma rację, po której stronie leży słuszność, wykłócamy się o najdrobniejsze szczegóły. Dla wielu z nas jest to chyba po prostu konieczne do rzetelnego wykonywania swoich obowiązków, poza tym (przynajmniej u mnie :) łączy się to z intelektualną przyjemnością, więc często szukamy tej swojej racji jak się da. Również w sprawach duchowych - "dlaczego ten świat tak wygląda, czy nie jest prawdą, że mógłby wyglądać lepiej?", "dlaczego nie mogę tego, tego i tego". Oczywiście samo w sobie nie jest to złe. (a wręcz jest dobre! - EDIT 13:05:51).
 
Powyższy fragment (*) uświadomił mi po raz kolejny (czytając Biblię co i rusz mi się to zdarza), jak bardzo można jednocześnie mieć rację i tragicznie się mylić. Szymon (faryzeusz) miał całkowitą słuszność wnioskując, że gdyby Jezus był prorokiem to by wiedział. Ale jego "zdrowy rozsądek" dalej już fatalnie pobłądził - gdyby wiedział, że jest grzesznicą to przecież nie pozwoliłby się nawet dotknąć... Jak student, który tłumacząc się "oczywistością" prowadzi kompletnie nieuzasadnione rozumowanie...
 
Niektórzy mówią, że w małżeństwie najważniejszą umiejętnością jest ustępowanie, mimo tego, że ma się rację.
Nie wiem, nie ma doświadczenia parudziesięciu wspólnie spędzonych lat i dosyć ciężko mi jest to sobie wyobrazić. Ale zdarzyło mi się parę razy po takim ustąpieniu odkryć, że moja racja wcale nie jest tak obiektywna jak mi się wydawało. I że ustępując, mam okazję ją wyjaśnić dużo lepiej niż przez uporczywe trwanie przy swoim...
 
(*) fragment pochodzi z prawie dzisiejszego czytania, tzn. pochodziłby, gdyby dzisiaj nie było święta św. Stanisława Kostki...
 
1 , 2