niedziela, 27 października 2013
Wolność (kocham i rozumiem).

"Wolność traktuje religię jako towarzyszkę swych walk i zwycięstw, kolebkę swego dzieciństwa, boskie źródło swych praw. Uważa religię za strażniczkę obyczajów, obyczaje zaś za rękojmię prawa i gwarancję własnego przetrwania".
A. de Tocqueville (O demokracji w Ameryce; Pisma wybrane)


Debata, o której pisałem ostatnio, ma już swoją relację w Internecie. W związku z tym mogę zająć się tematem, który jest mi tak bliski: wolnością.


Tę kwestię na debacie poruszył prof. Turski, rozważając pytania: dlaczego to kultura europejska zdominowała rdzenne kultury amerykańskie i dlaczego kultura muzułmańskie, mimo tak obiecujących początków, od dłuższego czasu nie wnosi nic naprawdę istotnego do nauki. Odpowiedzi na te pytania według niego należy szukać w podejściu tych kultur do wolności. Zostawiając te pytania, chciałem się tutaj zająć wyłącznie tematem związku wiary/religii z wolnością.


Profesor Turski z jednej strony uczciwie zauważa, że dowartościowanie wolności zrodziło się właśnie w kulturze chrześcijańskiej, choć z drugiej strony wyraża swoje zaniepokojenie próbami ograniczenia tej wolności w otaczającym go Kościele. W te niepokoje nie chcę za bardzo wnikać - tym bardziej, że pewnie różnilibyśmy się w ocenie tego jakie zachowanie jest ograniczaniem wolności. Chcę za to wyrazić opinię, że owszem, niejednokrotnie ludzie wierzący mają problemy z wolnością. Jestem jednak przekonany, że nie jest to problem z wiarą jako taką, tylko problem wiary u tych ludzi.


Niedawno oglądałem film: “Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Z wszystkim możliwych określeń związanych z tym księdzem została wybrana właśnie wolność. Myślę, że to bardzo trafne. Wcale nie tylko dlatego, że za tę wolność oddał swoje życie. Przede wszystkim jej wyraz widzę w słowach, które tak mocno z nim wiążemy: “Zło dobrem zwyciężaj”(*). Bo tak naprawdę prawdziwym testem na wolność jest sytuacja kiedy zagraża nam zło. Jakże łatwo w takiej sytuacji przyjąć zasadę “cel uświęca środki” (czasem przecież nawet w imię źle pojętej wolności!!!) i postępować wbrew wyznawanym przez siebie wartościom. W czasach Popiełuszki robiło tak mnóstwo osób, nikogo to przecież nie dziwi a czasem wręcz szukamy dla takiego zachowania usprawiedliwień. A ksiądz Jerzy wciąż powtarzał: “zło dobrem zwyciężaj”. Ale najważniejsze oczywiście, że nie były to tylko słowa, ale tak właśnie żył…


Wydaje mi się, że jedyną motywacją do takiego - radykalnego - umiłowania wolności może być tylko wiara. Nie znam na tej ziemi niczego innego, co dawałoby taką siłę i przekonanie, że warto trzymać się swoich wartości mimo wszystko.

I tak - na przykład - można by rozumieć cytat Tocqueville’a z początku tego wpisu.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem nie tylko wyczerpuje tematu, ale nie odnosi się bezpośrednio do wątpliwości profesora Turskiego. W istocie ten wpis początkowo miał traktować o czym innym i jest szansa, że następnym razem wrócę do tego tematu. Pomyślałem jednak, że tego typu refleksje są tutaj bardzo na miejscu...



(*) warto pamiętać, że słowa te pochodzą z Listu do Rzymian

poniedziałek, 14 października 2013
Dialog na brzegu.

[wpis edytowany 16 października]


W ostatni piatek odbyła się na Uniwersytecie Warszawskim debata pod tytułem “Wiara a nauka”.

Nie jestem wielkim fanem tego typu wydarzeń, ale muszę wyznać, że było ono na tyle ciekawe, że nawet zacząłem w jego trakcie robić notatki, co nie zdarzało mi się już od bardzo dawna...

Pokłosiem tego wszystkiego będą pewnie dwie-trzy notki, które zdecydowałem się tutaj umieścić.


W słowie wstępnym kardynał Ravasi(*) zwrócił uwagę na trzy postawy dominujące w tytułowej relacji wiary i nauki:

  1. postawa fundamentalistyczna (obu rodzajów): “liczy się tylko nauka” i “liczy się tylko wiara”

  2. postawa - nazwijmy to - “izolacjonistyczna”, to znaczy: “nauka i wiara mają swoje, rozłączne, obszary zainteresowań i twierdzenia obu stron są, w zasadzie, niezależne”

  3. postawa dialogu nauki i wiary


Nie jest to podział jakoś specjalnie odkrywczy - pewnie zresztą można proponować inne - ale ciekawy ze względu na wyraźne rozróżnienie postawy drugiej i trzeciej. (pierwsza w naturalny sposób się odróżnia)


Wydaje mi się, że ja osobiście mocno jestem pod wpływem właśnie tej drugiej postawy; chyba głównie dlatego, że widzę jak niektóre środowiska pochopnie traktują pewne twierdzenia nauki jako sprzeczne z wiarą… Tymczasem faktycznie na ogół okazuje się, że stwierdzenia te "żyją” niejako na równoległych płaszczyznach. Czasem wręcz okazuje się, że to co pozornie wydaje się sprzeczne, w istocie bardzo pięknie uzupełnia stanowisko drugiej strony. (tak choćby jest z teorią ewolucji i jej współczesną religijną interpretacją)

Oczywiście wymaga to czasem pewnego wysiłku umysłowego i uświadomienia sobie co jest tak naprawdę esencją naszych twierdzeń (czy to religijnych, czy to naukowych), a co jedynie dodatkiem, (nad)interpretacją. A niekiedy ta pozorna sprzeczność bierze się stąd, że źle rozumiemy “przestrzeń fazową”, to znaczy na przykład, że jedno zjawisko może mieć dwa aspekty, które choć pozornie nieodłączne, dają się jednak rozseparować na te “równoległe płaszczyzny”.


Można sobie tę postawę zwizualizować jeszcze w inny sposób, który przyda mi się za chwilę. Możemy sobie mianowicie wyobrazić “dziedziny zainteresowań” zarówno wiary jak i nauki jako dwa obszary na płaszczyźnie, która reprezentowałaby jakby “wszystkie możliwe tematy ludzkiej działalności”.

Przy tej reprezentacji pierwsza postawa (fundamentalistyczna) oznaczałaby, że jeden z tych obszarów “próbowałby” maksymalnie się rozszerzyć, do pokrycia terenu zajętego przez drugi włącznie.

Postawa druga oznaczałaby ni mniej ni więcej, że oba obszary są po prostu rozłączne.

Postawę dialogu zaś można by rozumieć w tej sposób, że te obszary co prawda się nie przecinają, ale mają wspólny brzeg, który może właśnie stanowić przestrzeń do dialogu. (**)


Interpretacja ta jest o tyle ciekawa, że nawet na płaszczyźnie obszary potrafią mieć niezwykle skomplikowane, wręcz fantastyczne brzegi. (choćby fraktalne) A kiedy porzucimy prymitywny model płaski, to sytuacja robi się jeszcze ciekawsza… W szczególności w takim modelu możemy opisywać te zjawiska, o których pisałem wcześniej, np. separację różnych aspektów jednego zagadnienia. W ogóle ewolucję naszych poglądów na to co jest domeną wiary, a co domeną nauki...


Powyższy tekst - jak widać - jest tak naprawdę tylko wstępem do zagadnienia. (taką zresztą rolę pełnił na debacie) Kolejne będą już bardziej konkretne. Może następnym razem uda mi się poruszyć temat wolności, o której wspominał na debacie prof. Łukasz Turski. Zagadnienie to jest mi od jakiegoś czasu bardzo bliskie. Czuję jednak, że lepiej poczekam z tym wpisem do momentu, kiedy zapis debaty pojawi się w sieci...


(*) “watykański minister kultury” - dało się odczuć, że humanista :)


(**) i w ten sposób pięknie nawiązujemy do wczorajszego Dnia Papieskiego ;)


środa, 09 października 2013
Jonasz.

"Gdy Bóg przebaczył Niniwitom, nie podobało się to Jonaszowi i oburzył się. Modlił się przeto do Pana i mówił: Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą. Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie. Pan odrzekł: Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzony? Jonasz wyszedł z miasta, zatrzymał się po jego stronie wschodniej, tam uczynił sobie szałas i usiadł w cieniu, aby widzieć, co się będzie działo w mieście. A Pan Bóg sprawił, że krzew rycynusowy wyrósł nad Jonaszem po to, by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy. Jonasz bardzo się ucieszył [tym] krzewem. Ale z nastaniem brzasku dnia następnego Bóg zesłał robaczka, aby uszkodził krzew, tak iż usechł. A potem, gdy wzeszło słońce, zesłał Bóg gorący, wschodni wiatr. Słońce prażyło Jonasza w głowę, tak że osłabł. Życzył więc sobie śmierci i mówił: Lepiej dla mnie umrzeć aniżeli żyć. Na to rzekł Bóg do Jonasza: Czy słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu? Odpowiedział: Słusznie gniewam się śmiertelnie. Rzekł Pan: Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?" Jon 4,1-11

Jak często jestem jak Jonasz.

Niby nie jestem specjalnie mściwy, ale jak łatwo „gniewam się” (czasem i „śmiertelnie”!), jeśli moje życie układa się nie po mojej myśli. Wtedy byle co jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, tracę zdrowy rozsądek a w zamian uaktywnia mi się zrzędliwość jak u Jonasza: „proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli”? „Panie, czemu znowu uciekł mi autobus? Czy nie to właśnie miałem na myśli, kiedy z takim oporem oddawałem Ci te kilka minut mojej modlitwy?”. „Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, kiedy znowu spodziewałem się po tej osobie najgorszego?”. Samosprawdzające się przepowiednie są i moim przekleństwem...

Owszem, Pan Bóg daje mi „krzewy rycynusowe”. Ale ja dużo wyraźniej widzę tego „robaczka”. Ile dobra by mnie nie spotkało, łatwiej mi skoncentrować się na tym, co złe. Nie widząc, że ani tego dobra „nie hodowałem” ani „nie uprawiałem”. Bo – powiedzmy sobie szczerze – ani hodować, ani uprawiać mi się nie chce. Przyjść, rzucić kilka ziaren – jeszcze ujdzie. Ale uprawiać? Codziennie z mozołem wstawać rano, wykonywać te same czynności nie widząc żadnej zmiany w stosunku do dnia wczorajszego? Ile tak mogę – tydzień, dwa?

Jedyna moja nadzieja w Bogu. Który uprawia i hoduje. Który tak samo kocha ludzi nie odróżniających swojej prawej ręki od lewej i zwierzęta(!!!) jak mnie i Jonasza. Jonasza, któremu próbuje jak może (a może jak widać wiele) „ująć jego goryczy”. Nie oferuje mu taniego pocieszenia, mydlących oczy obietnic. Łagodnie, ale konsekwentnie nawraca Jonasza na właściwą drogę, „ujmuje jego goryczy”, która nie pozwala mu cieszyć się ze szczęścia innych.

Jezu ufam Tobie.

(Zaje)biblijnie
(Uwaga: poniższy wpis powinien mieć datę 22 września 2013)

Wśród dzisiejszych czytań najsilniej oczywiście wybija się ewangelia - przez jednego z komentatorów określona jako "zajmująca pierwsze miejsce pod względem ilości nieporozumień i fałszywych interpretacji".
Tym mocniej oczywiście warto zwrócić uwagę na pozostałe teksty, które w swojej mądrości daje nam Kościół - szczególne pierwsze czytanie, które faktycznie jest idealnym dopełnieniem niejasności, które może budzić tekst ewangelii.
Być może przez to właśnie zwrócenie uwagi tak mocno zapunktował u mnie komentarz ze znanego i lubianego Mateusza:
(chodzi o ten ostatni komentarz, o. Gabriela od św. Marii Magdaleny)

Jeśli moje słowa o "idealnym dopełnieniu niejasności" zrozumieliście tak, że połączenie tych czytań sprawia, że niejasności są coraz większe, to... macie zupełną rację :) Może to właśnie najbardziej mnie zachwyciło: że dzisiejsze czytania tak trudno wrzucić do worka z (mniej lub bardziej) religijnymi stereotypami dotyczącymi Jezusa i Jego nauczania. Że nie da się tak łatwo z samozadowoleniem pokiwać głową "mądrze powiedziane", a potem i tak robić swoje (czyli coś dokładnie przeciwnego).
Aby te słowa Jezusa potraktować poważnie, _trzeba_ zadać Mu pytanie: ale czy _naprawdę_ ja mam zachowywać się tak jak ten nieuczciwy rządca? A jeśli nie, to dlaczego go Panie chwalisz? W czym mam go naśladować?
I jestem zupełnie przekonany, że nie ma prostych odpowiedzi na to pytanie.
Stąd taka mnogość kompletnie różnych - czasem sprzecznych - komentarzy do tego fragmentów.

Do zalinkowanych już wcześniej tekstów na Mateuszu dorzuciłbym przede wszystkim (głownie za styl):
(jeśli komuś jeszcze mało, to mógłbym jeszcze zeskanować odpowiedni fragment z mojego "Komentarza historyczno-kulturowego do Nowego Testamentu")

Z ciekawych prób podejścia tego tematu jeszcze:
aczkolwiek tutaj mam poważne zastrzeżenia do argumentacji tego egzegety, bo nie jestem pewien na ile jego analogia jest uzasadniona. (być może udałoby się ją jakoś obronić w ciut innym kontekście)