poniedziałek, 29 czerwca 2015
Witraż.

Dziś uroczystość świętych: Piotra i Pawła. Święto Kościoła.

Na kazaniu usłyszałem ciekawe porównanie tej wspólnoty do witraża. Z zewnątrz często niezbyt atrakcyjny, swoje piękno objawia dopiero, gdy się wejdzie do środka.
Podoba mi się to porównanie z dwóch powodów.

Po pierwsze, dowartościowuje ludzki wysiłek. Witraże są różne, niektóre brzydsze, niektóre ładniejsze. Warto sobie jednak uświadomić jak trudno jest taki witraż zrobić (mam wujka, który się tym zajmuje). Co zrobić jeśli witraż nam się nie podoba? Można przebudować, ale to naprawdę olbrzymie przedsięwzięcie. Niektórym czasem wydaje się, że wystarczy tylko zmienić jakieś jedno szkiełko albo dwa (w kontekście Kościoła byłoby to np. przykazanie, które nam nie odpowiada), ale każdy kto ma szersze spojrzenie widzi, że zaszkodziłoby to tylko całości.

Z drugiej strony, ta analogia podkreśla znaczenie tego, co w Kościele jest najważniejsze. Czyli Boga.
Bo jakby pięknego witrażu nie zbudować, jeśli nie będzie światła, to taki witraż nie ma absolutnie żadnego sensu.

sobota, 16 maja 2015
Trudne decyzje.

Tydzień temu cała Polska (a przynajmniej moja najbliższa okolica) żyła pierwszą turą wyborów prezydenckich. Jej wynik był dla wielu osób zaskoczeniem.
Nie jest jednak zaskoczeniem skład drugiej tury. Duża część społeczeństwa (oceniam, że ponad połowa) uznaje ten wybór za decyzje między dżumą a cholerą. Ja również. Nasz dramat polega na tym, że coś wybrać musimy. Tertium non datur. Na którąś z tych chorób zachorujemy.

Przy tej okazji duża część obywateli rezygnuje z uczestnictwa w wyborach. Motywacje mają różne, ale jedną z nich jest myślenie na zasadzie: "i tak nic się nie zmieni". To akurat wierutna bzdura i nie chodzi tylko o straszenie się nawzajem tym, co się stanie, jak kontrkandydat dojdzie do władzy. To są różni kandydaci, choćby dlatego, że stoją za nimi różne partie.

Tak jak wspomniałem, osobiście jestem sceptyczny do obu opcji politycznych reprezentowanych w drugiej turze wyborów prezydenckich, ale wiem już na kogo będę głosował. Nie chcę tu uprawiać taniej (ani drogiej) propagandy, ale chcę napisać, jak widzę oferowane nam opcje choroby.

1. Komorowski.
W Internecie powstał zwięzły opis tego kandydata "chujowo, ale stabilnie". Czuję, że jest w tym jakaś prawda, ale patrząc na to z innej strony, może to być stabilność w rodzaju zamiatania pod dywan trudności, które prędzej czy później muszą nas dopaść.

2. Duda.
W kontekście tego co napisałem wcześniej, należałoby ukuć hasło: "chujowo i niestabilnie". Jeszcze pamiętam jak PiS nie radził sobie po dojściu do władzy, nawet jeśli - wg mnie - motywacje mieli dobre. Teraz może być podobnie.

Panuje dosyć powszechne przekonanie, że dla katolika lepszym kandydatem jest reprezentant Prawa i Sprawiedliwości. Pogląd ten zdaje się wyznawać nawet Grzegorz Braun. Ja nie jestem co do tego przekonany.

Nie jest dla mnie również jasne, czy wspomniana przez p. Brauna zasada: "im gorzej, tym lepiej"  nie ma przypadkiem zastosowania w naszej obecnej sytuacji politycznej. Faktem jest, że świetnie ona działa w przypadku Kościoła. Może zatem mogłaby jakoś zadziałać również w przypadku wspólnoty świeckiej? Szczególnie w sytuacji, która wymaga radykalnych (a nie powierzchownych) zmian systemowych?
Nie wiem.

Ale wiem, że za tydzień zagłosuję na Andrzeja Dudę. 

sobota, 18 kwietnia 2015
Nikodem.

W mijającym tygodniu czytaliśmy w ewangeliach o wizycie Nikodema u Jezusa.
Myślę, że ta historia broni się sama, ale okazuje się, że ma jeszcze ciekawszy kontekst historyczno-kulturowy. Dawno temu obiecałem go opisać, więc pora dotrzymać słowa. Jak zwykle, na podstawie tej książki.

(J 3,2) Ludzie przychodzili do innych nocą, aby nikt tego nie zauważył; tutaj być może dlatego, że żydowscy nauczyciele pracowali w dzień i mogli studiować Prawo jedynie nocami (por. Ps 119,148; druga z ewentualności zapewne nie zachodziła w przypadku Nikodema, który nie musiał pracować - w. 1). Jan dodaje ten szczegół, ponieważ pasuje do jego motywu światłości i ciemności (J 11, 10, 13, 30), który tworzy ramy tej narracji (J 3, 19-21).

(J 3,3-4.) Jezus mówi dosłownie o narodzeniu "z góry" (użyty tu grecki termin można tłumaczyć "z góry" albo "powtórnie"), co oznacza "z Boga" (zwrot "z góry" był pośrednim sposobem wskazania na Boga, często stosowanym przez Żydów). Można go też rozumieć jako "narodzić się powtórnie", co Nikodem odczytuje dosłownie. (Starożytni pisarze, w tym autorzy ksiąg Starego Testamentu - Jr 11,11-12; Mi 1,10-15 - często posługiwali się grą słów; czasami pisarze antyczni posługiwali się drugoplanowymi bohaterami swoich narracji jako postaciami mniej inteligentnymi i tworzącymi tło dla głównych bohaterów.) Ponieważ nauczyciele żydowscy powiadali, że poganie nawróceni na judaizm zaczynali życie od nowa jak "nowo narodzone niemowlęta" (podobnie jak adoptowani synowie w prawie rzymskim, którzy tracili dawny status prawny związany z przynależnością do poprzedniej rodziny gdy stawali się członkami nowej), Nikodem powinien był wiedzieć, że Jezusowi chodzi o nawrócenie. Nigdy jednak nie przyszło mu do głowy, że Żyd potrzebuje nawrócenia na prawdziwą wiarę Izraela.

(J 3,5). Ludzie nawracający się na judaizm byli nazywani "nowo narodzonymi dziećmi" kiedy przyjęli chrzest mający na celu usunięcie pogańskiej nieczystości. "Narodzenie z wody" mogło więc dodatkowo wyjaśnić Nikodemowi, że "narodzenie z góry" oznacza nawrócenie, nie zaś powtórne narodziny w sensie fizycznym. Grecki tekst J 3,5 może znaczyć albo "z wody i z ducha" albo "z wody, to znaczy z Ducha". W Ez 36,24-27 woda została użyta w sensie symbolicznym na oznaczenie oczyszczenia dokonanego przez Ducha, co w ustach Jezusa mogło oznaczać "nawrócić się z Ducha" (por. J 7,37-39), w nawiązaniu do duchowego chrztu prozelitów. Podczas gdy żydowscy nauczyciele mówili o nawróconych na judaizm jako "nowo narodzonych" jedynie w tym znaczeniu, że zrywali oni dawne związki, prawdziwe powtórne narodzenie z Ducha miało stwarzać nowe serce (Ez 36,26).

niedziela, 22 marca 2015
Cisza.



w ciszy słychać głos sumienia

Kolejny wpis "muzyczny", choć jak zwykle nie o wartości estetyczne chodzi.

w ciszy słychać oddech duszy

Nie o tekst sam w sobie również. Nie mnie oceniać jego walory poetyckie.

w ciszy słychać jaka jestem mała brudna grzeszna goła

Chodzi o ciszę. Jak wiecie, już na jej temat trochę kiedyś pisałem.

cisza wcale nie jest cicha

Niewiele się od tego czasu zmieniło.

cisza wcale nie jest głucha

Wciąż cisza napełnia mnie autentycznym przerażeniem.

cisza krzykiem odpowiada każdej myśli której słucha

Zostanie sam na sam ze swoimi myślami jest dla mnie praktycznie niewykonalne.

święty spokój ucisz ciszę

Dużo łatwiej jest spróbować tę ciszę zagłuszyć, czymkolwiek.

święty spokój zagłusz głuszę

Tylko problem jest taki, że to w nieskończoność zagłuszać się nie da.

święty spokój uduś duszę

I koszty tego zagłuszania bardzo duże są...

święty spokój święty spokój

sobota, 21 marca 2015
Martwica.

Ostatnia notka dotyczyła wielu spraw, ale między innymi ważnego dla mnie listu św. Jakuba. Jest w niej jeszcze jeden tekst, skądinąd bardzo znany:

"Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie."

Cytat ten jest słynny chociażby ze względu na trwającą do dziś dyskusję między katolikami a protestantami o usprawiedliwieniu. Tylko że ja zupełnie, ale to zupełnie nie o tym chcę dzisiaj pisać...

Najczęściej ten cytat rozumiemy chyba jako właśnie taki przytyk: jeśli nie widać po tobie, że jesteś wierzący, to czy aby na pewno wierzysz? Pomijając już nawet dyskusję o tym co w zasadzie miałoby znaczyć to "widać po tobie", takie podejście łatwo może się zamienić, a może wręcz po prostu jest, przejawem skrupulanctwa(*). Mnie ta deformacja sumienia jest niestety jakoś tam bliska, ale chyba każdemu wierzącemu czasem przychodzą do głowy takie myśli: czy ja aby na pewno wierzę? A może tylko tak mi się wydaje?!?

Ale znów, to nie o tym chcę dzisiaj pisać...

Chcę mianowicie nawiązać do tego poprzedniego wpisu, który przede wszystkim tyczył się rozpoczynającego się wtedy okresu Wielkiego Postu. Jak każdy porządny(**) katolik, bardzo poważnie podszedłem do tego tematu, wybrałem sobie umartwienie i rozważałem jak to wspaniale uda mi się "wyćwiczyć duchowo", może nawet zasłużę na koniec na jakąś laurkę i uścisk dłoni prezesa?

A Pan Bóg... Jak to Pan Bóg... Rozwalił to wszystko w drobny mak.

I znowu, nie o tym rozwalaniu chcę pisać. Kto coś takiego przeżył, ten wie. Kto nie przeżył, raczej nie zrozumie.

Chcę napisać o tym, że ta rozwałka nauczyła mnie (co najmniej) jednego.
Że ta "skrupulancka" interpretacja św. Jakuba jest fałszywa. Że można wierzyć i nie czynić - nie mieć siły czynić - dobrych uczynków.
Ale zrozumiałem również, że to nijak nie przeczy temu cytatowi. Bo taka wiara, mimo że jakoś tam istnieje, naprawdę jest martwa. I człowiek z taką wiarą czuje się - po prostu - jak trup.

(*) http://pl.wikipedia.org/wiki/Skrupulatyzm

(**) przynajmniej w swoich oczach

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24