sobota, 20 września 2008
Wiara.

 Christianity

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, ze uwielbiam takie teksty. Dostałem ten obrazek od bardzo dobrej znajomej (która boi się tu odezwać ;) już jakiś czas temu i od samego początku przymierzałem się, żeby wykorzystać go na tym blogu. I to wcale nie dlatego, że pokazuje jak łatwo można wyśmiać czyjąś wiarę. Wręcz przeciwnie, według mnie, idealnie podsumowuje wszelkie próby "racjonalizacji" wiary. Myślę, że prawda jest znacznie bliższa temu, co powyżej. Przy czym ja oczywiście jestem gotów traktować ostatnie zdanie zupełnie poważnie.

Zastanawiałem się, jak mógłbym odpowiedzieć komuś, kto zastanawiałby się, jak ja w ogóle mogę w ten sposób myśleć. I przyszła mi do głowy kolejna historia :)

Projekt, nad którym w tej chwili pracuję trwa już ponad dwa lata (na studiach wkładali nam do głowy, że po roku można spisać projekt na straty). Kiedy przychodziłem, pracowało nad nim troje programistów. W międzyczasie zmieniliśmy architekturę i przeszliśmy na nową, ciągle eksperymentalną technologię (spowodowało to konieczność przepisania bardzo dużych ilości kodu, ale też naraża nas na jej niestabilność). Nie mieliśmy (i nie mamy) osoby odpowiedzialnej tylko za analizę i projektowanie, czego braki boleśnie odczuwamy do dziś. Dopiero od niedawna krystalizują się jakieś pomysły na zarządzanie projektem, dotąd byliśmy puszczeni mniej lub bardziej samopas. Nasi pracodawcy i zarządzający mają bardzo nikłą wiedzą na temat tego, co my tak naprawdę robimy. I cholernie goni nas czas, bo konkurencja, która jest na rynku od wielu lat, ogłasza, że nowe wersje ich produktów będą lada dzień. Wiemy, że niektórzy obiecują rozwiązania podobne do naszych. A to wielkie firmy, kwartalne dochody jednej z nich są liczone w milardach dolarów...

A my wszyscy wierzymy (czasem silniej, a czasem słabiej... ;), że nam się uda.

Makes perfect sense.

 

PS Jakoś bardzo ładnie zgrał mi się ten obrazek z wczorajszymi czytaniami...

"A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach." 1 Kor 15, 17

"Jeżeli
tylko w tym życiu
w Chrystusie nadzieję pokładamy,
jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania." 1 Kor 15, 19

czwartek, 18 września 2008
Racja.
"Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie:
«Gdyby On był prorokiem, wiedziałby,
co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka,
że jest grzesznicą»."
Łk 7, 39
 
Znów tematyka notki samego mnie zaskakuje - kompletnie nie miałem tego w planach, a raczej chciałem unikać komentowania Pisma Św. (w końcu chcę dbać o PR tego bloga ;). Obiecuję za to, że będzie krótko, a następnym razem bardziej "pod publikę". Ale m.in. po to założyłem tego bloga, żeby jakoś utrwalić pewne swoje refleksje...
 
Bardzo często przykładamy ogromną wagę do tego kto ma rację, po której stronie leży słuszność, wykłócamy się o najdrobniejsze szczegóły. Dla wielu z nas jest to chyba po prostu konieczne do rzetelnego wykonywania swoich obowiązków, poza tym (przynajmniej u mnie :) łączy się to z intelektualną przyjemnością, więc często szukamy tej swojej racji jak się da. Również w sprawach duchowych - "dlaczego ten świat tak wygląda, czy nie jest prawdą, że mógłby wyglądać lepiej?", "dlaczego nie mogę tego, tego i tego". Oczywiście samo w sobie nie jest to złe. (a wręcz jest dobre! - EDIT 13:05:51).
 
Powyższy fragment (*) uświadomił mi po raz kolejny (czytając Biblię co i rusz mi się to zdarza), jak bardzo można jednocześnie mieć rację i tragicznie się mylić. Szymon (faryzeusz) miał całkowitą słuszność wnioskując, że gdyby Jezus był prorokiem to by wiedział. Ale jego "zdrowy rozsądek" dalej już fatalnie pobłądził - gdyby wiedział, że jest grzesznicą to przecież nie pozwoliłby się nawet dotknąć... Jak student, który tłumacząc się "oczywistością" prowadzi kompletnie nieuzasadnione rozumowanie...
 
Niektórzy mówią, że w małżeństwie najważniejszą umiejętnością jest ustępowanie, mimo tego, że ma się rację.
Nie wiem, nie ma doświadczenia parudziesięciu wspólnie spędzonych lat i dosyć ciężko mi jest to sobie wyobrazić. Ale zdarzyło mi się parę razy po takim ustąpieniu odkryć, że moja racja wcale nie jest tak obiektywna jak mi się wydawało. I że ustępując, mam okazję ją wyjaśnić dużo lepiej niż przez uporczywe trwanie przy swoim...
 
(*) fragment pochodzi z prawie dzisiejszego czytania, tzn. pochodziłby, gdyby dzisiaj nie było święta św. Stanisława Kostki...
niedziela, 14 września 2008
Sekwel.
"(...) Zwłaszcza, jeśli duszy nie ma -
I to wszystko na ten temat"
J. Kaczmarski "Postmodernizm"
 
"(...) bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym"
Mt 5, 36b
 
Nie dajcie się zwieść - poprzednia notka była napisana już kilka dni temu i tylko czekała na publikację...
Druga miała być na inny temat, ale w ostatniej chwili zmieniłem jednak zdanie. Nie wiem czy miały na to wpływ dzisiejsze czytania czy jazda doszkalająca przed egzaminem na prawo jazdy, ale przypomniała mi się pewna historia sprzed kilku dni. (*)
 
Jechaliśmy - cała rodzina - samochodem, prowadził mój ojciec. Jak zwykle się spieszyliśmy, a trzeba było jeszcze podjechać pod pracę ojca. Ma tam "swoje" miejsce parkingowe, zahaczające o trawnik. Tak się zdarzyło, że na tym "jego" trawniku bawiła się gromadka wrzeszczących dzieciaków (może 6-8 lat), korzystając z kupy opadniętych liści leżących na trawie. Ojciec, chcąc z jednej strony troszkę je postraszyć a z drugiej - myślę - trochę zirytowany sytuacją, podjechał dosyć blisko nich. Reakcja była odrobinę inna niż można było się spodziewać - na początku rzeczywiście odskoczyły z piskiem, ale bardzo szybko wróciły do maski samochodu z krzykiem...
 
Okazało się, że w tej kupie liści była zagrzebana ich malutka koleżanka. Nic się nie stało, ale nie chcę sobie wyobrażać co byłoby, gdyby ojciec stanął dosłownie pół metra dalej.
 
Zgodzę się, ta historia nie jest bardzo wyjątkowa - takie rzeczy dzieją się zapewne dużo częściej niż mamy tego świadomość. Ale - nie wiem jak Wam - mi takie sytuacje bardzo ułatwiają myślenie w sposób, o którym chcę pisać na tym blogu (**). Bo wtedy człowiek odrywa się od tego co tu i teraz, takie słowa jak "opatrzność" i "transcendencja" przestają być tak abstrakcyjne.
 
Na tę chwilę chcę wyłuskać z tego wszystkiego jedną rzecz - jak bardzo każdy z nas jest kruchy i ile jest czynników, nad którymi nie mamy kontroli, a bardzo wpływają na nasze życie. Znów, nie jest to zbyt oryginalna myśl, raczej godna miana "oczywistej oczywistości".
 
Ale sprawa jest głębsza - jakie my z tego prostego faktu wyciągamy wnioski? I czy jakiekolwiek? Czemu czasem, mam wrażenie, wręcz ten fakt negujemy? Czemu udajemy, że jednak nie jest tak źle, że jeśli wystarczająco się postaramy, będziemy przestrzegać pewnych zasad i stosować odpowiednie środki bezpieczeństwa, to możemy, z pewnym marginesem błędu, być przekonani, że wszystko w naszym życiu pójdzie zgodnie z planem... Czy tylko dlatego, że "inaczej nie da się żyć"?
 
Nie chcę udzielać odpowiedzi na te pytania. Bardzo bym chciał, żeby każdy odpowiedział sobie sam.
 
Chcę tylko napisać, że odpowiedź, którą ja znalazłemznajduję (w tej książce, której fragment cytuję we wstępie do tego wpisu), jest źródłem niewyobrażalnego dla mnie wcześniej spokoju oraz końcem szarpaniny i szaleńczego pędu, żeby cokolwiek w życiu osiągnąć...
 
 
(*) Tę notkę z kolei zacząłem pisać w piątek, a skończyłem w niedzielę wieczorem. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że werbalizacja tego, co mam w głowie, czasem zajmuje mi dużo dłużej niż bym chciał. Nie należy więc spodziewać się, żeby w przyszłości tempo nagle wzrosło. Pewnie będę umieszczał tu coś raz na kilka dni, postaram się, żeby to było przynajmniej raz w tygodniu...
 
(**) Ponieważ dostałem informację zwrotną od mojego bardzo dobrego znajomego, że pierwszy wpis był trochę mętny i
nie wyjaśniał o czym ma być ten blog, niniejszym chcę to naprawić. Blog ma być o bardzo szeroko pojętej duchowości, tak jak ja ją przeżywam i codziennie doświadczam. W szczególności, nie z perspektywy religioznawstwa ani teologii - bo ani religoznawcą ani teologiem nie jestem, ale przede wszystkim dlatego, że ta duchowość zdecydowanie wykracza poza ramy i teologii i religioznawstwa.
 
PS Miało być krócej niż ostatnio a wyszło chyba dłużej... Nie wiem jak to się dzieje... :(
piątek, 12 września 2008
Początek.
   "Wszystko kończy się tym, że większość moich znajomych pracuje ciężej,
żeby zarobić więcej pieniędzy, niż im naprawdę potrzeba,
żeby kupować rzeczy,których naprawdę nie potrzebują,
żeby zaimponować ludziom,których tak naprawdę nie lubią."
Amos Oz(*)

"Oj, nie wolno rzeczy wielu,
Kiedy celem jest - brak celu..."
J. Kaczmarski "Postmodernizm"

Mam wrażenie, ze w czasach, w których żyjemy, duchowość bardzo nie jest w cenie (nawet wśród osób deklarujących się jako wierzące). Dlaczego mam takie wrażenie? Zostawmy na razie w spokoju gordyjski (i przereklamowany) węzeł kwestii istnienia (jakiegokolwiek) Boga. Ale chyba prawdą jest, że obecnie chlubimy się tym, że nauki fizyczne są ostateczną odpowiedzią na pytanie powstania i trwania otaczającego nas świata, biologia i antropologia opisuje całą prawdę o człowieku, jego pochodzeniu i przeznaczeniu, wolnej woli a szeroko (razem z psychologią i psychiatrią) pojęta medycyna potrafi lub będzie potrafiła uleczyć nas z wszystkiego, co nas trapi.

A przynajmniej w taki stan rzeczy wielu z nas chce wierzyć.

Wolimy (używam tu pierwszej osoby świadomie, nie wyłączając siebie z tego zjawiska) odciąć się od światopoglądu i wytłumaczeń, które były powszechne jeszcze całkiem niedawno. Włożyć historie o duchach, o aniołach, o demonach, o grzechu, o duszy, o metafizyce, o tym co nie jest dostępne dla naszych zmysłów do tego samego worka, gdzie trzymamy kosmitów, skrzaty i Świętego Mikołaja. Rzeczywiście, jeśli dobrze tym workiem potrząsnąć to nie widać między nimi za bardzo różnicy...

Ten blog powstał z wiary, że jeśli dobrze się przyjrzeć, to okaże się, że ten worek jest jednak za ciasny. I że jest ogromna potrzeba odkrycia "na nowo" spraw duchowych. Że, szczególnie w tym klimacie, jaki opisałem, nie jest to łatwe i, zaryzykuję porównanie, wymaga żmudnego grzebania w błocie, żeby nie przegapić i wydobyć grudki złota.

Bardzo daleko mi do stwierdzenia, że ja to złoto odkryłem w pełni (i teraz zamierzam, a jakże, szczodrze się nim dzielić). Raczej chcę tu opisywać swoje codzienne przeczesywanie szlamu...

Owszem, mam osobiście ustalony kierunek tych poszukiwań - i nie zamierzam tego tłumić, bo byłoby to tylko ze szkodą dla tego, co piszę. Ale, parafrazując(**), jestem po pierwsze człowiekiem, potem mężczyzną, dalej chrześcijaninem, a dopiero na końcu katolikiem. Nie chciałbym, żeby to, co tu napiszę, było hermetyczne dla kogokolwiek - niezależnie od wyznania i światopoglądu. Przede wszystkim dlatego, że wierzę (i doświadczam), że potrzeby duchowe są wspólne już na pierwszym szczeblu wymienionej hierarchii - dla wszystkich ludzi. Niezależnie od wiary (lub jej braku), IQ, EQ, dowolnego innego Q czy sytuacji życiowej.

Wystarczy już tego zdecydowanie przydługiego wstępu. Obiecuję, że będę w przyszłości ograniczał "odautorski komentarz" do minimum. Zdecydowanie wolę pozostawić przestrzeń na własne refleksje i wnioski. I z ciekawością (i wielką radością) przyjmę wszelkie komentarze i propozycje tematów...



(*) Nie mam zupełnej pewności, że cytat jest autorstwa tego izraelskiego pisarza. Pierwszy raz przeczytałem go na tablicy ogłoszeń Instytutu Antropologii UKSW - niepodpisany. W Internecie jedynym śladem po nim był ten blog, nie udało mi się jednak potwierdzić autorstwa, nawet na stronach anglojęzycznych.

(**) niestety kompletnie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, kogo parafrazuję, zresztą obawiam się, że ten ktoś też parafrazował kogoś innego...
1 ... 21 , 22 , 23 , 24