wtorek, 24 czerwca 2014
Inside joke.

Jeśli ktoś ma problemy z rozszyfrowaniem, niech kliknie.

środa, 11 czerwca 2014
Pasja, cz. III

Wielki Post skończył się jakiś czas temu, dopiero co zakończyliśmy okres wielkanocny, a ja wciąż siedzę z nosem w “Pasji”, bo:
a) nie mam dużo czasu na czytanie,
b) ale bardzo fajnie wpływa na moje życie duchowe. 

To prawda, że można mieć duże wątpliwości co do realności opisanych przez bł. Emmerich wydarzeń, ale mnie osobiście bardzo przekonuje całościowe przesłanie jej wizji. Dlatego z uporem maniaka będę ją tutaj promował.

Dzisiejszy fragment jest częścią “modlitwy w Ogrójcu”. Dopiero lektura jej opisu uświadomiła mi, że to wtedy miało miejsce niejako sedno Pasji Chrystusa. Kto wie, czy późniejsze fizyczne cierpienia miały dla Niego jakiekolwiek znaczenie w kontekście cierpień, które przeżył w takcie tej modlitwy.

Anna Katarzyna opisuje zatem bardzo dokładnie jak diabeł przekonuje Jezusa, że Jego poświęcenie nie ma sensu. Pokazuje (tak liczne przecież) przykłady marnowania owoców zbawienia. I przede wszystkim atakuje pokusą bezradności, podważa możliwość zmiany czegokolwiek na lepsze.

Mogłoby się wydawać, że taka pokusa będzie dla Mesjasza łatwa do odparcia. Ale “dramat Ogrójca” tkwi w tym, że Jezus niejako “zawiesza” na ten moment swoją Boską naturę i mierzy się z tym wszystkim tylko jako człowiek…

I wtedy, po tak trudnej — nie-ludzkiej  walce, dzieje się coś niesamowitego:
 

<<Jezus, powróciwszy do groty, rozpoczął na nowo modły. Przezwyciężył już odrazę Swej natury ludzkiej do mąk, ale znużony bardzo walką i strwożony, tak się modlił: „Ojcze Mój, jeśli jest wola Twoja, oddal ten kielich ode mnie, lecz nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie!".

Wtem rozstąpiła się przed Nim ziemia, w której głąb po smudze świetlistej wiodły schody do otchłani. W niej ukazali Mu się Adam, Ewa, wszyscy Patriarchowie i sprawiedliwi, rodzice Matki Jego i Jan Chrzciciel, a wszyscy czekali z utęsknieniem Jego przybycia i wyzwolenia ich. Serce Jego przeto, miłością gorejące, wzmocniło się i pokrzepiło tym widokiem, gdyż On to przecie miał tym duszom, tęskniącym za Niebem, otworzyć je przez Swą śmierć. On miał je wyprowadzić z więzienia tęsknoty do wiecznej szczęśliwości.

Po tych nieba dziedzicach Starego Zakonu, którym Jezus się przyjrzał z prawdziwym wzruszeniem, przeprowadzili przed Nim aniołowie orszak wszystkich przyszłych błogosławionych, którzy, łącząc swe walki duchowe z zasługami mąk Chrystusa, przez Niego mieli połączyć się z Ojcem niebieskim. Był to nieopisanie piękny, pokrzepiający na duchu widok, przywodzący Jezusowi na pamięć najskrytszą a niewyczerpaną moc zbawczą i uświęcającą czekającej Go śmierci odkupienia. 

Wszyscy chodzili przed Jezusem, podzieleni na grupy, stosownie do rodzaju i godności, strojni w cierpienia i dobre dzieła, dokonane za życia. Szli więc Apostołowie, uczniowie, dziewice i niewiasty, wszyscy męczennicy, pustelnicy i wyznawcy, papieże i biskupi, wszyscy przyszli zakonnicy i w ogóle wszyscy, którzy mieli być zbawieni. Przystrojeni byli oni w zwycięskie wieńce swych cierpień i umartwień; rozmaitość kwiatów w wieńcach, kształt tychże, barwa, zapach i siła wynikała z różności ich cierpień i walk zwycięskich za życia, w których zdobyli sobie chwałę niebieską. Lecz wszystko ich życie i działalność, całe znaczenie i siła ich walk i zwycięstw, cały blask i świetność ich tryumfu, opierały się jedynie na połączeniu ich zasług z zasługami Jezusa Chrystusa. 

Wszystkich członków tego tłumnego orszaku łączyło wzajemne oddziaływanie, jakaś łączność ścisła panowała między nimi, a wszyscy czerpali z jedynej krynicy życia, z Najśw. Sakramentu i męki Zbawiciela. Zjawisko to było dziwne i niewypowiedziane. Nic tam nie było przypadkowego; każda najdrobniejsza czynność, wygląd i strój, męczeństwo i zwycięstwo, wszystko na pozór tak różnorodne, łączyło się w jedną nieskończoną harmonię, w jeden zgodny akord. A jedność ta wszystkich najróżnorodniejszych rzeczy wypływała z barwnych promieni świetlnych jedynego słońca, z męki Chrystusa Pana, wcielonego Słowa, w którym jest życie, a życie jest światłem ludzi — świecącym w ciemnościach, które nie mogą Go ogarnąć.>>

Jak widać po wytłuszczeniu, najbardziej porusza mnie ta wizja “zgodnego współdziałania” członków Kościoła. Z jednej strony dlatego, że strasznie mi tego brakuje (czasem nie mogę patrzeć na świat wokół mnie), a z drugiej dlatego, że kiedyś podobny obraz i mnie przyszedł do głowy. Kościół jako zbiór kompletnie różnych ludzi - różnych głosów - które (dopiero!) wspólnie tworzą nową, niesamowitą jakość - melodię “na głosy”...

 

wtorek, 13 maja 2014
(Jeszcze) pikantniejszy dowcip.

Ponieważ uznałem, że najlepszym elementem ostatniego wpisu był dowcip, dziś będzie tylko dowcip.

Pewien prawowierny żyd odwiedził Watykan i po powrocie ze swojej podróży postanowił się ochrzcić. Wszyscy jego znajomi bardzo się temu dziwili, pytali skąd ta decyzja; czy może tak go Watykan zachwycił, a może był pod wrażeniem sprawności działania Państwa Kościelnego lub Kurii Rzymskiej. Na to nowo ochrzczony powiedział krótko:
- Wręcz przeciwnie. Tam jest taki bałagan, że gdyby to nie było od Boga, to już dawno by się rozwaliło...

 

(jeśli komuś brakuje pikanterii, to niech zamieni sobie "bałagan" i "rozwaliło" na słowa mniej cenzuralne) 

niedziela, 11 maja 2014
Uwaga, pikantny dowcip.

Dziś bez muzyki, będzie za to na koniec dowcip :)

Byłem dziś w kościele na Mszy. Pierwsza Komunia Święta(*). Jednym słowem - masakra.

Wybaczcie, ale to co napiszę teraz będzie bardzo subiektywne i niezniuansowane. Ale naprawdę mam przy takich “uroczystościach” wrażenie, że 99% uczestników bierze w nich udział z takiego lub innego przymusu. Dlatego tak irytuje mnie przepych tych wydarzeń(**). I dlatego dziś już jakoś nie mogłem wytrzymać i trochę podświadomie uciekłem z wnętrza kościoła do przedsionka.

A na zewnątrz oczywiście “drugi obieg eklezjalny”, przynajmniej nie ma udawania, że coś próbujemy “przeżywać”. Jest za to podtrzymywanie relacji z innymi uczestnikami. I dobrze. Ale jakoś szkoda.

Można by wybrać większe dobro, a wybiera się mniejsze.


Przypomniał mi się przy tej okazji dowcip. Można go opowiadać mniej lub bardziej cenzuralnie, ja spróbuję stworzyć wersję jakoś kompromisową… Dowcip właśnie o priorytetach.


Rzecz dzieje się w pociągu, w jednym przedziale siedzi ksiądz i informatyk.

Z początku nikt się do nikogo nie odzywa, ksiądz pogrążył się w brewiarzu, a informatyk - jak to informatyk - siedzi przed komputerem. Nagle ciszę przerywa ksiądz i proponuje wspólną wizytę w Warsie. Informatyk odmawia, tłumaczy, że ma jutro ważne spotkanie i sporo pracy. Ksiądz zatem wybiera się sam.

Po powrocie nieśmiało proponuje alkohol. Informatyk mówi, że na jutrzejszym spotkaniu ma prezentację i musi być w dobrej formie. Ksiądz zatem próbuje z innej strony:

- Drogi panie, wracając z Warsa zauważyłem, że w przedziale obok siedzą dwie niezwykle urocze damy. Może byśmy je na chwilkę odwiedzili?

Informatyk po raz kolejny odmawia, mówi, że teraz naprawdę nie może, musi się skupić na przygotowaniu tej jutrzejszej prezentacji i nie chce się niczym rozpraszać. A poza tym, to ma żonę.

Po kilku godzinach ksiądz wraca do przedziału. Informatyk kończy pracę, zamyka komputer i rzuca:

- No ale niech ksiądz powie, czy ja źle żyję?

Ksiądz na to:

- Dobrze. Ale niepotrzebnie.


(*) w zasadzie nie mam pewności, że pisze się dużą literą, małpuję za Wikipedią


(**) wydawałoby się, że powinienem popierać chociażby elegancki strój, ale jak widzę kogoś kto aż tak się nie “odwalił”, to przynajmniej mam poczucie, że nie próbował na siłę wejść w konwenans


czwartek, 08 maja 2014
Jestem zwycięzcą?

 

Wybaczcie kolejny wpis “muzyczny”, ale z wszystkich przejawów działalności artystycznej muzyka działa na mnie najsilniej, a w związku z tym najłatwiej mi się za jej pomocą wyrazić… Poza tym ten wpis będzie się idealnie komponował z wcześniejszym.


Tym razem chcę wziąć “na tapetę” utwór z najnowszej płyty Luxtorpedy pt. Jestem zwycięzcą? (koniecznie! ze znakiem zapytania na końcu):

http://www.tekstowo.pl/piosenka,luxtorpeda,jestem_zwyciezca_.html

 

Warto zapoznać się z całym tekstem.

Dla mnie nie jest on jakiś strasznie odkrywczy, bo w takim właśnie środowisku spędziłem ostatni rok.

Chciałem tylko zwrócić uwagę na dwa - bardzo ważne dla mnie - wersy:

 

“wielu za sukces oddaje swoją duszę

wierzą, że bez tego nie mają nic wartościowego”

 

To jest chyba w naszej obecnej cywilizacji najgorsze…

I naprawdę nie wiem jak się na tę chorobę uodpornić. Mnie się (na razie) nie udało.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24